Alicja Lehmann: Myślała pani, że jak dzwonią z gazety, to jest jakaś afera?

Dorota Raczkiewicz: Zadzwonił do mnie Marcin Wesołek, redaktor naczelny poznańskiej „Wyborczej” i poprosił o spotkanie. „Musimy porozmawiać” – powiedział. Więc pomyślałam sobie, że jest afera i szukałam w głowie, o co może chodzić. Napisałam do Oli Przybylskiej, wicenaczelnej, bo znamy się od kilku lat i próbowałam dowiedzieć się więcej, żeby przez noc przygotować się do spotkania.

Gdy spotkaliśmy się z naczelnym, najpierw była ulga, a chwilę potem bardzo duży szok. Dla mnie to jedna z ważniejszych nagród. Nie ma w niej głosowania przez SMS-y czy maile. To nagroda, przy której ktoś się pochyla nad konkretną osobą. Powiedziałam, że mogę Giganta przyjąć pod warunkiem, że jest to nagroda dla Drużyny Szpiku.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Dorota Raczkiewicz - Szefowa od czerwonych koszulek [SYLWETKA Z 2015 r.]

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej