Tomasz Nyczka: Bał się pan?

Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania: Ale czego?

Reakcji ludzi na Marszu Równości.

– Skoro nie bałem się przemawiać na stadionie w rocznicę chrztu Polski, to dlaczego miałbym się bać na Marszu Równości? Z mieszkańcami spotykam się przy różnych okazjach. Czy komuś moja polityka się podoba, czy nie, to nie powód, by takich spotkań unikać. Przecież byłem nawet gotowy spotkać się z „kibolami”. Zresztą czasem trafiam na nich w różnych okolicznościach. Nie boję się krytyki. Takie głosy – szczególnie od osób mi życzliwych – przyjmuję i staram się je analizować. Czasami się z nimi zgadzam, czasami – nie.

Po tym, jak MPK ogłosiło, że po jednym dniu zdejmuje tęczowe flagi z tramwajów, wybuchła afera. Dostało się też panu. Tak, wiem – pan mówi, że to nie była pana decyzja.

– Bo nie była.

Wychodzi pan z tej sprawy poobijany. Zwolenników pan nie zyskał, a dotychczasowych sympatyków zirytował, może stracił ich głosy.

– W dniu, w którym jakąkolwiek decyzję podejmę nie w oparciu o racjonalne przesłanki i własne przekonanie, że coś jest słuszne, ale po to, żeby schlebiać wyborcom i zyskać dodatkowe głosy, powinienem podać się do dymisji. Ta funkcja to dla mnie wielki zaszczyt, ale też odpowiedzialność. Ostatnia rzecz, jaką powinienem robić, to działać tak, jak życzą sobie media albo jakieś środowiska. Mam robić to, co uważam za słuszne, bo z tego będę rozliczany. Zadano mi pytanie, czy wiem, że udział w Marszu Równości politycznie mi się nie kalkuluje. Odpowiedziałem właśnie tak: ja nie analizuję, co mi się opłaca.

Jest tak – najpierw obejmuje pan Marsz Równości patronatem, a potem podległe panu MPK ulega fali hejtu i po jednym dniu zdejmuje tęczowe flagi z tramwajów.

– Tego dnia wielokrotnie rozmawiałem z prezesem MPK. Moim zdaniem nie była to kwestia hejtu, ale sytuacji wewnętrznej w MPK. Brakuje nam motorniczych i kierowców, w tej sprawie dużą rolę odegrały też związki zawodowe, które współpracują z PiS. Wyczuły, że to dobry moment, by zrobić dym. Potrafię zrozumieć pragmatyzm prezesa MPK Wojciecha Tulibackiego. Przy brakach kadrowych, przez które w miesiącu wypada z rozkładu kilkaset kursów – po prostu ulega presji.

Czyli jednak presja.

– Ale nie sądzę, żeby to była presja skrajnie prawicowego środowiska. Raczej związków zawodowych i formacji politycznych, mających spory wpływ na te związki, a mi – nieprzyjaznych. Wiem, że wśród załogi był duży niepokój. Zapytałem prezesa MPK wprost, czy grozi nam strajk. Odpowiedział, że to możliwe.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej