Śpiewamy w hymnie „będziem Polakami” (to znaczy „będziemy” w przyszłości, gdy zbudujemy państwo, które „stworzy” dopiero Polaków). Nie wiadomo właściwie, co by się z nami stało, gdyby nie nasza wielka literatura. Romantyzmowi zawdzięczamy bardzo wiele. Do pewnego stopnia „z niego jesteśmy wszyscy”. Rzecz w tym, że w prezydenckiej mowie zabrakło części drugiej. Oderwanej od martyrologii. Oświeceniowo-pozytywistycznej. I – co najważniejsze – zwróconej ku przyszłości. Ku czemu mianowicie idziemy? Dokąd zmierzamy? Prezydent miał też dobrą okazję, żeby z powodu tak szczególnej rocznicy wspomnieć Lecha Wałęsę i powitać – reprezentującego Unię Europejską – Donalda Tuska, który po Janie Pawle II zaszedł w naszej historii najwyżej. Takie są rudymentarne wymogi sprawowanego urzędu. Niezależnie od tego, jakie są prywatne prezydenta gusty i smaki, o których nie omieszkał zresztą poinformować, odsłaniając pomnik Lecha Kaczyńskiego. Nie było np. uroczystego pojednawczego listu do rodaków. Był natomiast wiecowy „kłam, który znam, zanadto dobrze znam” – jak mówił poeta z tego samego, co Pan Prezydent miasta. Takich rzeczy się nie robi. Zwłaszcza w takiej chwili. Aż nieswojo o tym mówić. Jakie rachunki historii wystawia dziś prezydent? Jak „imaginuje sobie” sprawowany urząd? Jego przyszłemu biografowi nie zazdroszczę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej