Za nami doroczna rzeź rogali, przesuwamy pasek od spodni o jedną dziurkę, ale to nie szkodzi, bo po pierwsze, wcinając ciacho z makiem jesteśmy tacy fajni – fajniejsi od wszystkich, zwłaszcza od strasznych warszawiaków, którzy nie umieją się bawić 11 listopada, a po drugie, od słodkiego skoczył nam poziom serotoniny. Na długo tego szczęścia jednak nie wystarczy, bo chyba na dobre wyłączyli słońce i zaraz zaczną się jesienne smęty, a kto im nie ulegnie, tego i tak dobiją gwiazdkowe przeboje.

Z jako taką odsieczą spieszą za to świąteczne lampuchny, które już wiszą na mieście i uzmysławiają, że humor może poprawić nam światło – przyjazne, ciepłe, w odpowiedniej ilości i odmienne od codziennego oświetlenia ulic, nadal kształtowanego bez ładu i składu. Coś na ten temat skrobałem już trzy lata temu, chcąc zainspirować miejscowych majstrów od lamp świetlnym i świetnym masterplanem wdrażanym metodycznie przez Gliwice, za którymi od tego czasu poszły inne miasta, m.in. Olsztyn, Jaworzno czy Nysa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej