Już nie pamiętam, gdzie przeczytałem, że kiedy człowiek umiera z ręki innego człowieka, to tak jakbyśmy wszyscy umarli. Zbędny patos? Niekoniecznie. Jeśli przyjąć bowiem, że zadawanie i zgoda na zadawanie śmierci jest ze swej istoty i w każdych okolicznościach straszliwym nadużyciem, bo nie ma idei, nie ma wartości, która by mogła usprawiedliwić zabijanie, a tym bardziej jego afirmację, to wówczas zbrodnia, jak ta na prezydencie, spektakularna, pyszniąca się sobą, odbiera życie konkretnemu człowiekowi, jak i wszystkim, kawałek wiary w sens życia. Uśmiercanie przynależy do natury. Wystarczy, że człowiek jest śmiertelny, nie ma powodu, aby był również śmiercionośny i śmierciolubny.

Po zabójstwie Adamowicza obiecujemy poprawę

Po zabójstwie Pawła Adamowicza zbierają się przejęte tym zdarzeniem tłumy i podnoszą się głosy sprzeciwu i troski. Wspólnie się smucimy i obiecujemy sobie poprawę. Przez chwilę Polak gotów jest zaufać Polakowi, co wydaje się wręcz niemożliwe, gdyż – jak wiadomo – różne badania pokazują, że nie ma w Europie społeczeństwa, w którym byłoby więcej nieufności. Na co dzień podejrzewamy się o najgorsze: wsiadając do taksówki, że licznik przekręcony, zamawiając fachowca, że nie umie lub zedrze skórę, idąc do prawnika, że interesuje go nasz portfel, nie problem, czytając ekspertyzę, że została kupiona przez producentów tego czy tamtego. Jednak w chwilach wielkiej straty wyobrażamy sobie, że stać nas na bycie lepszymi ludźmi, obywatelami, sąsiadami, wreszcie przeciwnikami, a nie wrogami. Nawet podziały polityczne zdają się nagle drugorzędne. Postępowiec ściska się z konserwatystą, lewak kłania się chadekowi, ksenofob wstrzymuje oddech, feministka okazuje słabość, kibic Lecha sznuruje usta na wzmiankę o Legii. W smutku się kochamy, jak po śmierci Karola Wojtyły czy po upadku samolotu – przez chwilę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej