Przed nami trzydziesta rocznica wyborów, które choć nie były w pełni demokratyczne, to gruntownie zmieniły Polskę. Od tego czasu nie opuściłem żadnego głosowania. 4 czerwca 1989 nie wahałem się na kogo oddać głos. Wybór był oczywisty. Głosowałem na kandydatów Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Na moich starszych kolegów z Instytutu Socjologii UAM: do Sejmu na Pawła Łączkowskiego, a do Senatu na Janusza Ziółkowskiego. W pierwszych już w pełni demokratycznych, bo pięcioprzymiotnikowych (powszechnych, równych, bezpośrednich, proporcjonalnych i tajnych) wyborach w 1991 roku oraz w kolejnych, w 1993 roku głosowałem na kandydującego wtedy z okręgu poznańskiego

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej