Może gdybyśmy na biologii uczyli się więcej na temat praw rządzących przyrodą i jej logiki, nie przeczytałbym, że straż pożarna w Poznaniu omyłkowo wytruła pszczoły miodne. A tak naprawdę chodziło jej o kogoś innego.

Moja redakcyjna koleżanka Sylwia Sałwacka napisała tekst o tym, jak to straż pożarna wytruła rojowisko owadów przy ul. Czajczej w Poznaniu. Jak czytam w opisie wypowiadającej się w tekście internautki Magdy Genow-Jopek: „Strażacy zablokowali ulice, wyciągnęli sprzęt i opryskiwali wiszący na drzewie rój. Tysiące pszczół padło martwych na ulicę. Wybiegłam z domu i zapytałam: – Dlaczego zabijacie pszczoły? – Bo to są jakieś czarne pszczoły – usłyszałam”.

Mowa o pszczołach, ale to jeszcze nie znaczy, że w wypowiedziach strażaków musi być aż tyle kwiatków!

Nie jakaś tam pszczoła

Te „jakieś czarne pszczoły” okazały się godne wzgardy i wytrucia. Paradoksalnie nazywa się je potocznie „czarnymi pszczołami”, choć ani to pszczoły, ani czarne. To zadrzechnie fioletowe, które z pszczołami spokrewnione są na poziomie rodziny. W zoologii rodzina to bynajmniej nie tak blisko, bo za nią jest jeszcze rodzaj i gatunek. Rodzina to mniej więcej takie pokrewieństwo, jak między kotem domowym a lwem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej