Lubię jeździć na Podkarpacie. Najchętniej autem przez Świętokrzyskie. Nakładam wtedy drogi, zbaczam z głównego traktu, zaglądam do kościołów i kościółków, coś niewyszukanego podgryzam. W gospodzie taka rozmowa. Jeden mężczyzna upewnia drugiego, że żeniaczka to dziś ryzykowna sprawa. Nie wiadomo, czy taka ugotuje, czy przytuli, czy upierze. Po kwadransie dochodzą do wniosku, że kluczem do sukcesu jest łazienka. Bez łazienki kobiety nie zdobędziesz. Kasy ni ma. Po żeniaczce.

W aucie słucham lokalnych rozgłośni. Muzyka ludowa. Sporo bliźniaczych programów religijnych. Obszerne cytaty kazań św. Jana Pawła II. Uroczyste komentarze do nich. Szpalery plakatów z podobiznami Dominika Tarczyńskiego i Patryka Jakiego. Uśmiechają się uwodzicielsko. Krowy wypasane na rowach. Zatrzymuję się kawałek przed Rzeszowem. Znam tam kilkoro z Wielkopolski, którzy w głowie nadal mają plan ulic Poznania. Gościnnością jestem urzeczony. Inność tej ziemi zachwyca.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej