Oskarżony był prokuratorem na poznańskiej Wildzie. Przeszedł w stan spoczynku z powodu rzekomo złego stanu zdrowia. Wcześniej zainteresowali się nim jednak policjanci z wydziału do spraw walki z korupcją. Ustalili, że brał pieniądze od podejrzanych w sprawach, które prowadził.

Prokuratura Krajowa - po trwającym pięć lat śledztwie - postawiła mu prawie 130 zarzutów oszustwa, niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień. Prokuratorki Karolina Niemczyk i Lucyna Szewczykowska opisywały w czwartek, jak wyglądał ten proceder.

Prokurator brał pieniądze do kieszeni

Gdy prokurator planował umorzenie śledztwa bądź złożenie wniosku o wydanie wyroku skazującego bez procesu, informował podejrzanych, że wcześniej muszą wpłacić pieniądze na cel społeczny. Najczęściej było to kilka tysięcy złotych. Ale prokurator pieniądze brał do własnej kieszeni.

W akcie oskarżenia śledczy piszą o wprowadzaniu podejrzanych w błąd i wyłudzaniu pieniędzy. Tak było także w przypadku podejrzanego, którego prokurator poinformował, że musi wpłacić 2 tys. zł poręczenia majątkowego. W aktach nie było jednak śladu po takim poręczeniu, a prokurator pieniądze znów miał wziąć do kieszeni.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej