Niezrażony jednak nieszczęśliwym początkiem, powędrowałem do oblężonego zwykle autokarami z wielkopolskim suwerenem Teatru Muzycznego, gdzie zapodano wyprodukowaną wspólnie z warszawskim Teatrem Syrena, sławną na glob cały „Rodzinę Adamsów” w reżyserii Jacka Mikołajczyka, dyrektora Syreny, który za patologiczną familię zabrał się już po raz drugi, wystawiwszy ją wcześniej w Gliwicach. Z poznańskim Muzycznym Mikołajczyk współpracuje od trzech sezonów („Zakonnica w przebraniu”, „Dziewięć”) i trzeba przyznać, że idzie konsekwentnie obraną przez siebie artystyczną drogą. Drogą teatralnej tandety, serwowanej ze sceny w dawkach możliwych do zniesienia tylko przez najwierniejszych fanów polskich kabaretonów i dożynek w Kopydłowie. Ale w sumie, czego się spodziewać po instytucji kultury, której dyrektor zaczyna maile do pracowników od słów: „Do kurwy nędzy! Ja pierdolę!”. Można by nawet te słowa wyryć na frontonie przyszłej siedziby Teatru Muzycznego, którą miasto chce niebawem budować za połowę kwoty, jaką wydało na pobliskie rondo. Wyryć oczywiście ku przestrodze przed repertuarem tej sceny.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej