Sylwia Sałwacka: W niedzielę prowadził pan aukcję przedmiotów, jakie prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak ofiarował Orkiestrze. Opowiadał pan po niej: „Było odlotowo, magicznie, wesoło, no a potem wiadomo zdarzyła się straszna tragedia w Gdańsku, i radość opadła”.

Andrzej Białas: Na aukcji była świetna atmosfera, świątecznej pomocy. O Pawle Adamowiczu dowiedziałem się w domu, byłem zrozpaczony, zmówiłem – bo jestem wierzący – za pana prezydenta różaniec. A potem pomyślałem, że przecież to mogło zdarzyć się w Poznaniu. Bo przecież Jacek Jaśkowiak nie porusza się – jak pewien znany polityk z Żoliborza – z ochroną. Na aukcji w Zamku nie było policji, strażników, Jacek był tu sam z mieszkańcami. Tak jak Paweł Adamowicz w Gdańsku.

Dzień później policja ujęła mężczyznę, który w internecie groził prezydentom Poznania i Wrocławia.

– Kiedy byłem dyrektorem gabinetu Jacka, widziałem, jak do jego sekretariatu wchodzili przypadkowi ludzie wprost z ulicy. Mieliśmy sytuację, że przyszedł człowiek, który miał nóż w ręce. Na szczęście nic się nie wydarzyło: nie było Jacka, zadziałał przycisk alarmowy, przyjechała straż miejska. Po tych incydentach, na mój wniosek, przed gabinetem na korytarzu pojawił się strażnik miejski.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej