Katia i jej mąż pochodzą z Ukrainy, z Zaporoża. Kobieta od ponad czterech lat mieszka w Polsce. Pracuje w żłobku, jest zatrudniona na umowę o pracę i ma ubezpieczenie.

"Państwo z Ukrainy? A to dziękujemy"

Kiedy w nocy z niedzieli na poniedziałek bardzo źle się poczuła, miała prawie 40 stopni gorączki i nie mogła wstać z łóżka, jej mąż zadzwonił na pogotowie. – Powiedzieliśmy, że źle się czuję, mam gorączkę i katar. Usłyszeliśmy, że to nie jest sprawa dla pogotowia i że ani ono nie przyjedzie do mnie, ani mąż nie może mnie przywieźć – opowiada pani Katia. Otrzymała jednak numery telefonów do lekarzy, którzy mogliby do niej przyjechać z wizytą domową.

Razem z mężem wykonali kilkanaście telefonów. – Lekarze albo nie odbierali, albo mi odmawiali. Usłyszeliśmy też słowa, których się nie spodziewaliśmy: „państwo są z Ukrainy? A to dziękuję, nie przyjadę” – twierdzi kobieta. Ostatecznie udało im się sprowadzić lekarza na wizytę prywatną, za którą musieli zapłacić. Okazało się, że Katia ma zapalenie oskrzeli. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej