– Zaproszono mnie do pokoju na piętrze. Na stoliku czekały dwa kieliszki, jakiś alkohol z cytryną. Tancerka podała mi jeden kieliszek, potem drugi. Zdjęła mi sweter i koszulę, zaczęła swój taniec. Pamiętam jeszcze, że jakieś dziewczyny mnie budziły. I że schodziłem na dół do bankomatu, by wypłacić pieniądze – opowiedział poznańskim policjantom zamożny Niemiec. Do Poznania przyleciał w interesach. Ostatniego dnia wybrał się ze wspólnikami na Stary Rynek.

Nocne kluby ze striptizem działają w reprezentacyjnych miejscach wielu polskich miast. W Poznaniu rozmnożyły się przed piłkarskimi mistrzostwami Europy. O lokalach sieci Cocomo zrobiło się głośno, bo część klientów budziła się z wyczyszczonymi rachunkami bankowymi. Zatrudnione w klubach tancerki naciągały ich na drogie drinki i prywatne tańce erotyczne. Rekordzista, dyrektor spółki z branży metalurgicznej, wydał w Poznaniu blisko milion złotych. Bawił się kilkanaście godzin. Potem kluby (wciąż należące do tej samej spółki z Krakowa) kilka razy zmieniały szyldy.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej