Bartosz Szkudlarek jest drobny, szczupły, ma 25 lat, ale wygląda na młodszego. We wrześniu 2018 r. w środku nocy szedł z kolegą przez centrum Poznania. Po chodniku prowadzili rowery. Podjechał do nich radiowóz, policjanci poprosili o dokumenty. Powód interwencji: rowery miały być kradzione.

– Powiedzieliśmy, że to nieporozumienie, rowery są nasze. Jestem przekonany, że to był tylko pretekst do wylegitymowania – opowiadał nam Szkudlarek. – Policjanci pytali: „Czy my się skądś nie znamy?”. Mówili: „Chyba już się widzieliśmy”.

Gdy poprosili go o okazanie dowodu osobistego, wyjął dokument i pokazał go. Według relacji chłopaka policjanci wyrwali mu go, a jego samego wepchnęli do radiowozu i zawieźli na komisariat na Starym Mieście. Kolegę puścili wolno.

"Przewrócili, przycisnęli twarz do podłogi"

Na komisariacie rozpoznali w Bartoszu Szkudlarku poznańskiego anarchistę, co miało wzmóc ich agresję. Jak opowiadał, przywitano go słowami: „rozbratowiec” i „antifa HIV-a”. Pierwsze z tych określeń nawiązuje do nazwy poznańskiego skłotu Rozbrat, drugie – do przyśpiewki narodowców, którzy do antyfaszystowskich bojówek krzyczą na demonstracjach: „Antifa, łowcy HIV-a”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej