Anna, emerytka z Łodzi, była zaniepokojona, gdy pan mecenas Krzysztof G. nie otwierał drzwi i nie odbierał telefonu. Poznała go przypadkiem, gdy przyszedł do jej partnera, krawca, na przymiarkę. Przychodziła co kilka dni posprzątać jego mieszkanie w kamienicy, wyprasować ubrania, zrobić zakupy, ugotować obiad. Mecenas potrzebował gosposi, bo był bardzo zapracowany. Widziała na jego biurku stos dokumentów, ale nigdy ich nie przeglądała.

Gdy nie mogła się z nim skontaktować, zadzwoniła po policję. Strażacy wyłamali drzwi. Mieszkanie przypominało antykwariat: oprawione w ramę zdjęcie feldmarszałka Hermanna Göringa, płaskorzeźba Hitlera, sztandar Wehrmachtu, niemieckie odznaczenia, generalska czapka, pocisk artyleryjski bez zapalnika. Tylko mecenasa nie było. Policjanci zobaczyli jednak na stoliku kartkę: prokuratorskie postanowienie o zatrzymaniu Krzysztofa G. przez Centralne Biuro Śledcze Policji. Anna była w szoku, bo tego po mecenasie się nie spodziewała.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej