Ofiara księdza mieszka z rodziną w jednej z wsi kilkanaście kilometrów od Wolsztyna w województwie wielkopolskim. Niedawno skończyła 18 lat. Jest najmłodsza z trojga rodzeństwa. Dom jest skromny. Drzwi otwiera jej matka. – Nie będziemy rozmawiać – ucina.

We wsi huczy, bo o oskarżeniu o molestowanie napisała niedawno lokalna gazeta. – To zamknięta rodzina, nie utrzymują kontaktów z sąsiadami. Nie byli przesadnie religijni. Do kościoła chodzili, jak była jakaś uroczystość albo czasem w niedzielę, żeby się ludziom pokazać. Ale żeby codziennie na mszę chodzili, to na pewno nie – opowiada jedna z mieszkanek. I dodaje: – Dla mnie to fałszywe oskarżenie, bo znam księdza. Miał dobrą opinię, mnie krzywdy nie zrobił. 

– Rodzina należy do jednej z biedniejszych we wsi. Może ksiądz to wykorzystał? Moje córki jeździły z tym księdzem na wycieczki i nic złego się nie działo. Nic nie mówiły, ja nic nie zauważyłam. Ksiądz był u nas sześć lat. To prawda, że z dziećmi miał dobry kontakt – dodaje inna mieszkanka wsi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej