Marek Falenta to biznesmen z branży węglowej, który z pomocą dwóch kelnerów zakładał podsłuchy w warszawskich restauracjach. Nagrali ponad 100 osób: polityków, urzędników państwowych i biznesmenów. Publikacja części rozmów doprowadziła do dymisji kilku ministrów i przyczyniła się do przegranej PO w wyborach w 2015 r.

Półtora roku temu Falentę skazano prawomocnie na dwa i pół roku więzienia bez zawieszenia. Sąd raz zgodził się odroczyć biznesmenowi odsiadkę, ale kolejny jego wniosek odrzucił. Wtedy Falenta zniknął. Złapano go w ubiegły piątek w Hiszpanii. Namierzyli go policjanci ze specjalnej grupy pościgowej wielkopolskiej policji oraz Komendy Stołecznej.

„Wyborcza” rozmawiała z policjantami, którzy poszukiwali biznesmena. Opowiedzieli nam o kulisach pościgu i zachowaniu Falenty podczas zatrzymania.

Miesiąc przewagi Marka Falenty

1 lutego warszawski sąd wydaje polecenie doprowadzenia skazanego do zakładu karnego. Dostaje je komisariat w Konstancinie-Jeziornie, bo tam zameldowany jest Falenta. Ale policjanci nie zastają go w domu. Okazuje się, że od 5 do 13 poszukiwany leży na oddziale wewnętrznym szpitala w Bytomiu. Personel placówki powie potem policjantom, że Falenta z nikim nie rozmawiał, głównie patrzył w ekran laptopa. Mimo że media informują już wtedy, że biznesmen powinien zacząć odsiadkę, nikt w szpitalu nie zawiadamia policji. Nie jest też jasne, czy Falenta rzeczywiście wymagał hospitalizacji, czy też była to tylko próba uniknięcia odsiadki.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej