– Nie chorował, nie tracił przytomności, nie miał padaczki – mówi o Wasylu jego żona, Natalia Czornej. Na Ukrainie bez ojca zostało troje małych dzieci, a bez pomocy – starsi rodzice.

36-letni Wasyl Czornej spod Śniatynia na zachodzie Ukrainy przyjechał do Polski cztery miesiące temu. Pracował na budowie, ale dorabiał w zakładzie stolarskim w Jastrzębsku Starym, wsi pod Nowym Tomyślem w Wielkopolsce.

Koszulka pokryta wiórami

13 czerwca pod Skokami w powiecie wągrowieckim – 125 km dalej – leśniczy znalazł na polanie ciało mężczyzny w roboczych rękawicach i koszulce pokrytej wiórami. Bez dokumentów, bez telefonu.

Policja od początku podejrzewała, że zmarły został w lesie porzucony. Przez polanę biegnie leśna droga, którą jeżdżą samochody, a zmarły miał na sobie robocze ubranie. Sądzono też, że był cudzoziemcem, bo nikt nie zgłosił jego zaginięcia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej