– Leszek szybko się zaprzyjaźniał, nie zamykał cel, mimo że to obowiązek. Widziałam, jak sam wchodził do celi jednego z osadzonych i pił z nim kawę. Leszek poprosił, bym poszła do kantyny po papierosy. Kupiłam trzy paczki Marlboro, potem dwie widziałam u tego osadzonego – zapamiętała jedna z funkcjonariuszek aresztu śledczego w Poznaniu. – Leszek czuł się tak swobodnie, bo to chyba jedyny oddział, na którym nie ma kamer. Jeździł do pracy do Szwecji. Mówił, że w miesiąc zarobił tyle, co w Polsce przez rok.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej