– To nie nasz pomysł. Powiem więcej, to zmiany, które bardzo utrudniają organizowanie challengera tenisowego takiego jak w Poznaniu – zaznacza od razu wieloletni dyrektor turnieju Krzysztof Jordan. Są to bowiem zmiany bardzo daleko idące, a zarządziła je federacja tenisa męskiego ATP. Zmieniła ona zasady rankingu zawodników, kwalifikacji do turniejów, wreszcie sposób rozgrywania samej imprezy. Dotyczy to nie tylko Poznania, ale wszystkich turniejów klasy challengera. Poznański taki jest – w takiej imprezie pula nagród sięga około 60-70 tysięcy dolarów, a do drabinki kwalifikują się zawodnicy spoza czołowych miejsc ATP, najczęściej z miejsc w drugiej setce rankingu światowego.

– A zatem gdybyśmy chcieli gościć u siebie zawodnika sklasyfikowanego wyżej, na przykład w pierwszej pięćdziesiątce świata, musimy posłużyć się „dziką kartą” – mówi dyrektor Jordan. „Dzika karta” to prawo wstępu do turnieju, którym dysponuje dowolnie organizator i może je przyznać, komu chce. Dotąd Poznań miał cztery takie karty, teraz będzie ich pięć.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej