Dotychczas za rekordy polskiej ligi uchodziły transfery za 1 mln euro. Tyle w 1999 r. Wisła Kraków zapłaciła za Macieja Żurawskiego z Lecha Poznań, w 2010 r. – Polonia Warszawa za Artura Sobiecha z Ruchu Chorzów, w 2011 r. – Lech za Rafała Murawskiego z Rubina Kazań. To był ostatni duży transfer Kolejorza przed jego wielkim kryzysem finansowym, który zaowocował zmianą podejścia Lecha do wydawania dużych pieniędzy na transfery.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Joao Amaral rekordem transferowym Lecha Poznań

Lech Poznań sprzedaje także drogo

Konsekwencje tej zmiany są odczuwalne do dzisiaj. Publiczność zarzuca Lechowi minimalizm, przed którym klub broni się zestawieniem wydatków, które ponosi na transfery. Tylko poprzedniego lata było to 3,5 mln euro, zatem najwięcej podczas jednego okna transferowego w historii. Cóż z tego, skoro efekt był żaden. Sprowadzeni wówczas piłkarze już w dużej mierze Lecha opuścili – Mario Šitum, Emir Dilaver, Deniss Rakels, wreszcie najdroższy wówczas Szwed Nicklas Bärkroth, który kosztował Kolejorza 650 tys. euro, a niedawno został odsprzedany Djurgardens.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej