Obrońcy, a kto wie, czy nawet nie dwóch. Nawet bez kontuzji Ukraińca i Norwega jasne było, że Lech potrzebuje wzmocnień w defensywie. Wynika to z prostej matematyki. Kolejorz gra ustawieniem z trzema obrońcami, która de facto jest taktyką opartą na pięciu defensorach. Dwóch z nich jednak gra na wahadle, a trzech pozostałych to obrońcy środkowi, a nie skrajni. Z matematycznego punktu widzenia zatem Lech potrzebuje przy takiej grze więcej obrońców, zwłaszcza środkowych, niż dotąd – nie dwóch w każdym meczu, a trzech. Ta liczba zawodników na tej pozycji, którą dysponował w poprzednim sezonie, jest niewystarczająca. A pamiętajmy, że szeregi Lecha opuścił czołowy obrońca minionego sezonu Emir Dilaver. Odszedł też Mario Situm, któremu zdarzało się grać w szykach defensywnych.

W zamian trener Ivan Djurdjević ściągnął z rezerw Vernona De Marco i Macieja Orłowskiego, postawił również na Thomasa Rogne, który z powodu kontuzji opuścił poprzedni sezon. A zatem mieliśmy dość niecodzienną sytuację, w której defensywa Kolejorza składała się z piłkarzy grających jeszcze niedawno w jego rezerwach. Ta defensywa złapała kilkanaście razy na spalone zespół Śląska Wrocław, doprowadzając do tego, że sędzia słusznie nie uznał mu czterech goli. Kolejnego piątego gola arbiter nie uznał w meczu z KRC Genk, przy czym Belgowie już sobie z poznańską obroną potrafili poradzić. Jak mówił sam trener Djurdjević, puściła organizacja szyków defensywnych. Już wtedy, w Genk.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej