Ta scena zapadła mi w pamięć. Siedzieliśmy wszyscy w Multikinie, by w rocznicę meczu Lecha Poznań z FC Barceloną obejrzeć raz jeszcze fragmenty tego słynnego spotkania z 9 listopada 1988 r. Spotkania, które niektórzy widzieli na własne oczy na stadionie podczas niezapomnianego, chłodnego wieczoru przy Bułgarskiej – wówczas jeszcze w starej formie, zbudowanej na wałach, z ławeczkami, na których można było się ścisnąć i niemal przytulić, gdy robiło się zimno i strasznie. Dzisiaj, gdy każdy ma swoje krzesełko, to niemożliwe.

Lech Poznań - FC Barcelona: jeden celny strzał od sensacji

Wtedy, w listopadzie 1988 r. ludzie na stadionie czuli nadzwyczajną wspólnotę. Oto po nieoczekiwanym remisie 1:1 na Camp Nou w Hiszpanii Lech w rewanżowym meczu z wielką FC Barceloną uzyskał taki sam wynik u siebie. Dogrywka go nie zmieniła, doszło do rzutów karnych. W nich Hiszpanie spudłowali dwukrotnie, a gracze Lecha – raz. Gdy Bogusław Pachelski ustawił sobie piłkę na zaznaczonym wapnem punkcie w polu karnym, by wykonać ostatni karny, nagle wszyscy w tym poczuciu wspólnoty uświadomili sobie rzecz nadzwyczajną.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej