Podczas meczu Lecha Poznań ze Śląskiem Wrocław obserwatorzy łapali się za głowę – murawa była w fatalnym stanie. Nierówna, grząska, odchodziła od nóg piłkarzy, a Kamil Jóźwiak omal nie złapał na niej poważnej kontuzji. Trener Adam Nawałka – człowiek niezwykle przywiązany do dobrego stanu murawy, na której grają jego zespoły – wziął odpowiedzialność na siebie. Twierdził, że jego piłkarze zryli trawę podczas treningu przy okazji przygotowań do meczu z Cracovią.

Lech Poznań gra na torfowisku

Wiadomo jednak, że problem z murawą jest głębszy. I to dosłownie głębszy, bo znajduje się głęboko pod ziemią. Obecna trawa rośnie na podkładzie składającym się z nieprzepuszczającego wody torfowiska, które pod spodem gnije. – Przez to wegetacja trawy się zagęszcza – mówi Grzegorz Szulczyński, który zajmuje się murawą poznańskiego stadionu.

Zespół ludzi robi, co może, ale sprawa jest niezwykle trudna. – Pomagają lampy, ale wraz ze wzrostem cen prądu koszt ich użytkowania staje się bardzo wysoki – mówi Grzegorz Szulczyński. A przecież w związku z opłatami za emisję dwutlenku węgla do atmosfery te kwoty jeszcze wzrosną, może nawet drastycznie. Dlatego Lech Poznań konstruuje własne lampy LED, aby za ich pomocą naświetlać jak największe połacie boiska. Dzisiaj stać go na doświetlenie jednej piątej boiska. To znacznie poniżej potrzeb.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej