Rok 2009, dekadę temu. Lech Poznań z powodzeniem gra w fazie grupowej Pucharu UEFA. Zespół Franciszka Smudy imponuje, eliminuje AS Nancy i Feyenoord Rotterdam, jest blisko pokonania Udinese Calcio. Kolejorz to eksportowa polska drużyna, którą z powodzeniem można pokazać Europie.

Slavia Praga w tym czasie też jest w grupie Pucharu UEFA, ale gra tam bez powodzenia. Nie mówiąc o meczach z Aston Villa, Hamburgerem SV czy Ajaxem Amsterdam, nawet z sąsiadką MSK Zilina ze Słowacji nie potrafił wygrać.

A miało to miejsce w sytuacji, w której na terenach sportowych Slavii Praga znajdowało się już sześć boisk treningowych dla młodzieży, akademia piłkarska i całkiem nowoczesny stadion na 20 tysięcy dla pierwszej drużyny. Świeżo zbudowany. Czesi budowali wówczas przyszłość swego klubu, wcześniej niż zabrał się za to poznański Lech.

Co więcej, podczas tej budowy popełnili szereg błędów. Przecież Slavia Praga zaledwie pięć lat temu chyliła się ku upadkowi. Znalazła się w tym punkcie, w którym miał się znaleźć Lech Poznań, gdyby kontynuował politykę transferowo-finansową sprzed 2011 roku. Zawrócił jednak znad przepaści rozpusty, zacisnął pasa, zakończył okres, w którym był polską wizytówką w Europie i odnosił sukcesy z dużymi europejskimi firmami, od Feyenoordu aż po Juventus Turyn i Manchester City. Ba, zakończył okres gdy odnosił sukcesy choćby w kraju. W zamian był bezpieczny.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej