To jest pytanie, którego jeszcze pod koniec zeszłego roku nikt by nie zadał. Adam Nawałka przyszedł w miejsce Ivana Djurdjevicia, który – jak się to powszechnie mówiło – „stracił szatnię” i odszedł po serii niepowodzeń zespołu. Jego misja zakończyła się po zaledwie pięciu miesiącach, choć przepełnione miłością i oddaniem do Lecha serce serbskiego trenera miało wystarczyć do odmiany zespołu.

„Stracił szatnię” znaczyło, że popełnił kilka brzemiennych w skutki błędów wobec piłkarzy. Skrytykował ich publicznie, zrobił to nawet pod płotem stadionu w Częstochowie, gdzie Kolejorz odpadł z Rakowem w Pucharze Polski. Nie znalazł wspólnego języka z liderami poznańskiego zespołu.

To wtedy pojawiło się w kibicach Lecha ugruntowane przekonanie, że to piłkarze rządzą szatnią i Lechem. I jeżeli któryś ze szkoleniowców im się nie spodoba, przeżują go, wyplują, łatwo doprowadzą do kryzysu i jego zwolnienia. Inaczej mówiąc, pojawiło się przekonanie o permanentnym sabotażu, jaki odbywa się w głębi poznańskiego Lecha.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej