Przed jednym z meczów Lecha Poznań z Legią Warszawa spotkałem się na rozmowie z Pawłem Nowakiem, jednym z mieszkających w Poznaniu kibiców Legii. Zapytałem go, czego on i być może inni kibice warszawskiego klubu zazdroszczą Lechowi. Odpowiedział, że gorączki. Tego, jak Poznań zapala się w jednej chwili wtedy, gdy gra Lech. Tego, jak żyje meczami Kolejorza. Ani Warszawa, ani nikt inny nie doświadcza tego w takim wymiarze.

Przez 97 lat historii poznański Lech bynajmniej nie odnosił spektakularnych sukcesów. Miał w swej historii jedną, wielką „złotą erę” – w latach osiemdziesiątych, gdy w Poznaniu udało się zbudować wielką drużynę trenerowi Wojciechowi Łazarkowi. Dobra selekcja, jeden z pierwszych w tamtych czasach w Polsce skautingów (jeszcze tak nienazywany), nowe sposoby przygotowania fizycznego i doskonały dobór odpowiednich piłkarzy dał znakomite efekty. Lech Poznań tamtych czasów potrafił w 1983 roku w być może najlepszym meczu w całej swej historii rozbić Widzew Łódź 3:1 – ten Widzew, który znajdował się wówczas w półfinale Pucharu Europy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej