Prof. Wojciech Cellary jest specjalistą w dziedzinie nowych technologii, pracuje na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu

Z nadzieją i niepokojem czekałem na głosowanie w Parlamencie Europejskim nad dyrektywą o prawach autorskich. Hurra!!! Udało się. Przegłosowali. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości – cieszę się nie dlatego, bym spodziewał się jakichś osobistych korzyści. Moje felietony ukazują się rzadko i nie są obwieszone reklamami. Cieszę się, że skończy się wyzysk twórców, a o to walczyłem na przeróżnych forach od bardzo dawna i mam na to bardzo wielu świadków. Raz nawet w tej sprawie występowałem wraz z innymi twórcami kultury na deskach sceny głównej Teatru Wielkiego w Warszawie – to było przeżycie.

Cały problem bierze się z innowacyjnego modelu biznesowego wypracowanego w erze cyfrowej, w której użytkownik to nie klient. Dla internauty strona WWW składa się z treści poprzedzielanej reklamami. A dla właściciela platformy cyfrowej odwrotnie – z reklam poprzedzielanych treścią. Bo to reklamy są centrami zysków – płacą za nie reklamodawcy i to właśnie oni są klientami platform cyfrowych. Klient to ktoś, kto płaci. Po co zatem treść na stronie WWW? Aby wabić użytkowników. Nie są oni klientami platform, ale bez nich platforma nie miałaby klientów, czyli reklamodawców. Użytkownicy nie wchodzą na strony dla reklam, tylko dla treści, a przy okazji trafiają na reklamy, dzięki którym być może zainteresują się produktami lub usługami reklamodawcy i je kupią. Tak to działa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej