Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pod wspomnieniami rozmowa z dziennikarzem i pisarzem Andrzejem Niziołkiem, który stara się opracować i opublikować całość wspomnień Noacha Lasmana. Zbiera na to fundusze na portalu crowdfundingowym wspieram.to

Musieliśmy opuścić nasze mieszkanie już po 10 dniach okupacji. Kamienica na rogu Tamy Garbarskiej i Estkowskiego była nowa, zbudowana dopiero przed pięciu laty i zajmowaliśmy w niej całe drugie piętro. Na parterze właściciel domu, pan Konieczny, miał dobrze prosperującą knajpę, a sam z rodziną zajmował pierwsze piętro. Jego dorosła córka krótko przed wojną wyszła za mąż za młodego człowieka z okolic Poznania o słowiańsko brzmiącym nazwisku Drożdż, co okazało się pozorem. Zięć pana Koniecznego przypomniał sobie bowiem o powinowatych w Rzeszy, podpisał folkslistę i dostał nominację na komisarza przejmowanych przez Niemców zakładów. W związku z tym musiał przenieść się do miasta i na lokum upatrzył sobie nasze mieszkanie. Z panem Koniecznym żyliśmy w zgodzie i chyba dlatego wieczorem przed eksmisją przyszedł uprzedzić rodziców. Obowiązywała jednak już godzina policyjna i niczego nie mogliśmy wynieść z domu.

Nowy lokator pojawił się z samego rana w towarzystwie dwóch niemieckich funkcjonariuszy i w łamanym niemieckim, gęsto przeplatanym polskimi słowami, wytłumaczył nam, że ze względu na bezpieczeństwo Rzeszy władze nakazują naszej rodzinie opuścić mieszkanie. Jego zawartość możemy zabrać ze sobą. Mama poprosiła ich o kilkugodzinną zwłokę, żebyśmy mogli znaleźć nowe miejsce.

Ludzie byli jeszcze wtedy wyczuleni na cudze nieszczęście i znajoma rodzina Szwarcbardów zgodziła się nas przygarnąć. Nie wszystkie meble mogliśmy jednak wynieść, bo w międzyczasie przyjechała żona Drożdża i doszła do wniosku, że sypialnia oraz stołowy nadają się w sam raz dla nich, tak samo jak kredens w kuchni. Ale rzeczy osobiste zdołaliśmy spakować i zabrać, zanim spodobały się nowym lokatorom.

Mogliśmy już wówczas porównać swój los z losem innych rodzin, które hitlerowcy wcześniej aresztowali i odizolowali, toteż to, co nas spotkało, nie przygnębiło nas aż tak bardzo. Świeżo w pamięci mieliśmy tłumy niemieckich Żydów polskiego pochodzenia, które wyrzucone z Rzeszy w ramach Polenaktion przed niespełna rokiem przewalały się przez Poznań. Byliśmy przekonani, że okupanci nie potraktują nas lepiej i prędzej czy później zmuszą do opuszczenia miasta. Nasze trzy sklepy na razie pozostawały w rękach rodziców, ale i oni jak większość kupców starali się jak najszybciej wysprzedać, co tylko mogli. Nowe władze zaczęły już przejmować wielkie magazyny w mieście, zamknięto też według przygotowanej listy czterdzieści żydowskich sklepów. Każdy liczył się z tym, że i jego skład wkrótce spotka podobny los. To był wyścig z czasem.

Mimo że pewnych artykułów brakowało na rynku, a pieniądz stracił na wartości, kupcy często sprzedawali poniżej przedwojennej ceny, byle pozbyć się towaru, który i tak nie traktowali już jak własny. W naszym sklepie z obuwiem sprzedaż nie była problemem, bo każdy chciał zaopatrzyć się w dobre buty. Gorzej było w dwóch pozostałych sklepach: z pierzem oraz z kołdrami i pierzynami, bo nie był to towar, który w obliczu groźby wysiedlenia byłby komuś potrzebny.

Moniek Lasman, brat Noacha, podczas swojej Bar micwy w Poznaniu. Jedno z nielicznych ocalałych przedwojennych zdjęć rodziny Lasmanów. Moniek zginął w czasie wojny
Moniek Lasman, brat Noacha, podczas swojej Bar micwy w Poznaniu. Jedno z nielicznych ocalałych przedwojennych zdjęć rodziny Lasmanów. Moniek zginął w czasie wojny  arch. Noacha Lasmana

Wkrótce po mieście rozeszły się pogłoski o aresztowaniach i egzekucjach na cytadeli oraz w forcie VII. Między skazańcami znaleźli się także pierwsi Żydzi. Z naszych znajomych zabito Abrahama Arona i Dawida Galanternika z Kórnika. Dawid był dalekim kuzynem ojca i na krótko przed wojną nazwał swojego psa Hitlerek. Niemcy aresztowali go po wkroczeniu i niedługo potem żona otrzymała oficjalne zawiadomienie nowych władz, że jej mąż zginął podczas próby ucieczki.

Rozmowy w domu i między znajomymi obracały się teraz wokół pytania: dokąd wyjechać i jak to załatwić? Mieszkaliśmy ze Szwarcbardami, więc plany układaliśmy wspólnie. Bliższą i dalszą rodzinę mieliśmy w Kórniku, Kaliszu i Koninie, ale jechać do Kórnika nie miało sensu, był zbyt blisko. Ostatecznie wybór padł na miasteczko Łosice leżące gdzieś daleko na Podlasiu, blisko Buga. Brat mamy Icek na krótko przed wojną zaręczył się z panną Salą Cygielsztajn, której rodzina należała do zamożnych i poważanych w tym miasteczku kupców zbożowych. Było wówczas wiele gadania na ten temat. Rodziny ustaliły, że ślub nastąpi po Wielkanocy, a młoda para zamieszka w Poznaniu, gdzie Icek był wspólnikiem ojca w sklepie obuwniczym.

W połowie października Niemcy zarekwirowali wszystkie sklepy żydowskie w mieście. Właścicieli zawiadomiono, że nie mają ich opuszczać przed południem i dwaj komisarze oraz policjant obeszli wszystkie składy według listy. Kupcowi oznajmiano, że jego interes zostaje zajęty, po czym bez remanentu i zbytnich ceregieli przybysze zamykali lokal i opieczętowywali frontowe drzwi, a klucz zabierali. Ale były jeszcze tylne, nieopieczętowane drzwi. Jeszcze tego samego dnia wieczorem wybraliśmy się z Mońkiem do sklepu z butami, otworzyliśmy te drzwi i wynieśliśmy z niego, co tylko się dało.

Rekwizycja sklepów ułatwiła nam podjęcie decyzji o wyjeździe. Niedużo rzeczy łączyło nas teraz z Poznaniem. Szkół nie otwarto i my młodzi nie uczyliśmy się, nie mieliśmy już mieszkania i straciliśmy także podstawy egzystencji. Zjadać oszczędności mogliśmy w dowolnym miejscu, a na podstawie ówczesnego doświadczenia życiowego wydawało nam się, że gorzej niż tutaj już być nie może. Decyzja więc zapadła i pozostał tylko problem, jak załatwić możliwie bezpieczny przejazd całej rodziny i bagażu do Łosic.

Wielu znajomych Żydów opuściło już wtedy miasto, zabierając ze sobą tylko ręczny bagaż. Pociągi kursowały nieregularnie, a żołdacy i personel kolei często samowolnie przeprowadzali w nich rewizje połączone z konfiskatą mienia, zwłaszcza żydowskiego. Mimo to postanowiliśmy uratować wszystko, co się da i wyjechać z bagażem. Ojciec miał znajomości między poznańskimi Niemcami i potrafił je wykorzystać. Jeden z nich objął jakąś poważną posadę w nowo organizującym się zarządzie Warthelandu i wystawił dla całej rodziny przepustkę na przejazd aż do Łosic w Kreis Siedlec oraz zezwolenie na przewóz skrzyń z bagażem osobistym.

Rodzice zdecydowali, że nie pojedziemy wszyscy razem. Ja miałem wyjechać pierwszy i to samotnie. Wykorzystano moją polską twarz i uznano, że bezpieczniej będzie, jeśli to ja przewiozę większość rodzinnych kosztowności do Łosic. Mój brat Moniek wprawdzie też mógł to zrobić, ale wyglądał poważniej, przez co po drodze mogły go spotkać jakieś nieprzyjemności.

Mama odbyła ze mną długą rozmowę. W żadnym wypadku przed nikim nie miałem ujawniać swego pochodzenia ani nie przyznawać się, że rozumiem język niemiecki. Jadę w poszukiwaniu ojca, który nie wrócił jeszcze z wrześniowej kampanii. Słyszeliśmy tylko, że leży gdzieś w okolicy Siedlec w szpitalu, chory lub ranny. Miałem piętnaście lat, ale wyglądałem dziecinniej i od takich jak ja nie żądano dokumentów, nie było więc obaw, że ktoś się przyczepi. Najlepiej będzie, jeżeli przysiądę się do jakieś polskiej rodziny i będę się jej trzymał podczas drogi.

Wysłuchałem masy dobrych rad, często wzajemnie sprzecznych. Wreszcie mama powiedziała, że sam będę musiał postanowić, jak postąpić w danej sytuacji, bo wszystkiego nie można przewidzieć. Najważniejsze, abym niczym nie zwracał na siebie uwagi. Zdecydowano też, że pojadę przez Łódź, bo krążyły pogłoski, że bezpośrednie pociągi do Warszawy są mocniej kontrolowane.

Część kosztowności zaszyto mi w ubraniu, część zawieszono w woreczku na szyi. Dostałem plecak z bielizną na zmianę oraz z żywnością na kilka dni, pieniądze w markach i złotych, kilka adresów w Kaliszu, Łodzi i Warszawie oraz wiele całusów. 8 listopada rano na stację odprowadziła mnie tylko mama, ale nie wyszła na peron. Obawiała się, że może spotkać jakichś znajomych i z daleka obserwowała, jak wsiadam do wagonu. Czekała, aż pociąg ruszył, ale nie pomachaliśmy sobie nawet na pożegnanie.

***

Lasman brzydzi się historią urabianą przez politykę

Violetta Szostak: Noach Lasman ma 94 lata, mieszka w Jerozolimie. Ostatni z Żydów, który pamięta przedwojenny Poznań?

Andrzej Niziołek: Jest ich jeszcze kilku, ale to może ostatni, który swoje wspomnienia zapisał. Zdążył to zrobić, zanim dziesięć lat temu zachorował. Napisał i wydał w Izraelu sześć książek, ale dopiero maszynopis, który niedawno trafił do moich rąk, a o którym nikt dotąd nie wiedział, umożliwia przygotowanie w Polsce książki zbierającej całą jego historię. Ta książka będzie ważna, nie tylko dla poznaniaków.

Opowiedz o Noachu Lasmanie od początku. Urodził się tutaj?

– W Kaliszu, ale już w drugiej połowie lat 20. ojciec Noacha otwiera przy ul. Żydowskiej w Poznaniu sklep z pierzem – w tej wąskiej, dzisiaj zniszczonej kamienicy, która stoi teraz pod numerem 19. Abraham Lasman bardzo sobie cenił pierze. Mówił: „To nie jest towar, który przestaje być modny. Człowiek zawsze potrzebuje pierzyny, żeby się przykryć”.

Dorabia się na tyle, że zakłada jeszcze dwa sklepy na Wronieckiej: jeden z kołdrami i pierzynami, drugi z butami. Rodzina przenosi się do lepszych mieszkań, na końcu mieszka w – nieistniejącej już – kamienicy na rogu Garbar i Estkowskiego.

Noach w swoich wspomnieniach opisuje szczegółowo ten przedwojenny Poznań, interes ojca, żydowską szkołę podstawową przy ul. Noskowskiego, do której chodził i w której uczyła się większość żydowskich chłopców z Poznania. A potem gimnazjum Bergera przy ul. Strzeleckiej, gdzie styka się z silnym antysemityzmem – gdy czyta się te wspomnienia, to głowa boli. Potem opisuje dokładnie 1938 rok, gdy Żydzi polskiego pochodzenia zostają wyrzuceni z Niemiec do Zbąszynia, pokazuje, jak gmina poznańska się mobilizowała, by im pomóc, jakie wtedy były nastroje, o czym dyskutowano, czego się spodziewano. A potem jest początek wojny i Niemcy wchodzą do Poznania.

Opublikowaliśmy fragment tego wspomnienia. Lasmanowie zostają wyrzuceni z mieszkania. Chcą wyjechać z Poznania do rodziny, która mieszka na wschodzie Polski. Pierwszy jedzie 15-letni Noach.

– Potem jest opis tej niesamowitej drogi... 15-latek jedzie sam przez okupowaną Polskę, genialnie relacjonuje nastroje społeczne, cytuje rozmowy ludzi w pociągu, Polaków, Żydów. 10 listopada dociera do Warszawy, zatrzymuje się u znajomych rodziców. I tu niebywała historia: następnego dnia idzie przez Warszawę z kolegą Żydem, zatrzymują ich żandarmi niemieccy. Kolegę puszczają wolno, bo akurat zatrzymują tylko Polaków. A Noach ma „polski wygląd”. Prowadzą go z grupą zatrzymanych mężczyzn do jakiegoś budynku. I okazuje się, że mają zostać poddani badaniom przez antropologów niemieckich jako przedstawiciele rasy słowiańskiej. Badają kształt czaszki, nos... Wychodzi im, że Noach jest czystym Słowianinem.

1944 rok, Łosice, Noach Lasman stoi pierwszy z prawej
1944 rok, Łosice, Noach Lasman stoi pierwszy z prawej  archiwum Noacha Lasmana

Udaje mu się potem dotrzeć na Podlasie, do rodziny w Łosicach.

– Gdy przyjeżdża, tam jest jeszcze spokój. Spotyka Żydów żyjących tradycyjnie, mówiących tylko w jidysz, opisuje to ciekawie jako zderzenie kulturowe, bo on nie znał wcześniej takich Żydów.

Dojeżdżają potem do niego z Poznania rodzice z bratem i siostrą. Opisuje, jak ojciec i brat szmuglują przez Bug towary, żeby było za co żyć. Jak pracują niewolniczo przy budowie infrastruktury dla Niemców, którzy szykują się do ataku na ZSRR. A później jest opis getta w Łosicach, do którego Niemcy ich zapędzają. I wybuch epidemii cholery. Wszyscy w rodzinie chorują, tylko nie Noach. Stara się ich ratować, a potem sam musi pochować babcię, dwóch wujków, ciotkę. Później trafia do obozu pracy, buduje szosę z Siedlec do Międzyrzeca. Przez to, że tam był, przeżył. Tych, którzy byli w getcie, wywieziono do Treblinki.

Jego rodzina?

– Mama, ojciec, brat, siostra, dziadek, ciotki – wszyscy poszli. Gdy Noach dowiaduje się, że z getta wywożą ludzi – jak słyszy – gdzieś „na wschód”, ucieka z obozu i przedostaje się do Siedlec, na rampę kolejową, taki lokalny Umschagplatz. Chce jechać z nimi. Opisuje tę rampę, noc i dzień, straszny upał, ludzie mdleją z pragnienia, krzyczą. Niemcy rozstrzeliwują za to, że krzyczą.

Znajduje tam rodzinę?

– Nie, nikogo znajomego z Łosic, prawdopodobnie dotarł za późno. Ale chce jechać za nimi. I nagle sami Niemcy wyciągają go z rampy. Potrzebują silnych mężczyzn do uprzątnięcia getta w Siedlcach. Idzie sprzątać opustoszałe domy i ulice, opisuje miejsce jak po apokalipsie.

Udaje mu się stamtąd uciec i wrócić do obozu pracy. Zaczynają do niego dochodzić pierwsze wiadomości o Treblince. On już wie, że nikogo nie ma. I że musi uciekać.

Ucieka z obozu. Łapią go. Odstawiają do gestapo w Siedlcach, spodziewa się tylko śmierci. I – przedziwne – trafia na gestapowca, który mówi po polsku i doskonale zna Poznań. Wypytuje go, gdzie mieszkał, pyta o ludzi. Prawdopodobnie był to Niemiec z Poznania. W końcu wypisuje mu papier, że mają go przyjąć z powrotem do obozu pracy. Mnóstwo jest w tych wspomnieniach takich cudownych zdarzeń, które go ratowały.

W obozie po powrocie zostaje straszliwie pobity, traci słuch w jednym uchu. Ucieka kolejny raz. Wie, że Mordkowiczowie, przyjaciele jego rodziców z Poznania, ukryli się podczas wywózki Żydów i teraz są w małym getcie w Łosicach. Dociera do nich. Zaczynają razem gorączkowo szukać kryjówki. Chodzą po okolicznych wsiach, ale nikt nie chce im pomóc. Chłopi się boją. Przypadek sprawia, że są świadkami pożaru chałupy. Dogadują się z chłopem, któremu spłonął dom, że dadzą mu jakaś sumę na odbudowę, a potem będą płacić co miesiąc za to, że ten będzie im przynosił jedzenie do ziemianki w lesie. Noach mówił: „To był chciwy chłop, bo ciągle żądał więcej, ale mądry chłop, uczciwy”. Pomaga im i ich nie zdradza.

Ile czasu kryją się w lesie?

– Prawie dwa lata. Siedmioro ludzi zamkniętych w ziemiance. To czas najsłabiej przez Noacha opisany. Prawdopodobnie to był tak bolesny okres, że on to we wspomnieniach gdzieś obchodzi. Wiadomo, że chłop przynosi im jedzenie i wiadomości. Nie przynosi lekarstw, bo gdyby kupował je w większej ilości w miasteczku, wydałoby się to ludziom podejrzane. Dlatego Noach od czasu do czasy wychodzi do miasta, bo jako jedyny ma „polski wygląd”. Nawiązuje kontakt z aptekarzem, który im bardzo pomaga.

Podczas jednego z takich wyjść zatrzymuje go patrol AK, która wtedy mocno się tam rozbudowała. Patrol składa się z wiejskich chłopaków. Podejrzane im się wydaje, że wśród gazet, które kupił, jest też gazeta po rosyjsku. Jeden mówi, że czuje w nim Żyda. Każe mu ściągnąć spodnie. Noach jest obrzezany. Katują go. Chcą od niego złota. Ratuje się, bo mówi: „Wszystko powiem, ale tylko waszemu dowódcy”. Więc biorą go ze sobą, a on, nie ufając nikomu, opowiada dowódcy, że jest krewnym ważnej persony w amerykańskim rządzie, sekretarza skarbu, który po wojnie na pewno im się odwdzięczy za jego uratowanie. I akowcy postanawiają go trzymać, zanim tego nie sprawdzą. Zyskuje na czasie, a potem zbliża się Armia Czerwona, oddział AK zostaje rozbity przez wycofujących się Niemców i Noach znów ucieka. Wraca do ziemianki.

Opisuje też moment oswobodzenia, wejście Rosjan. Jak duchy wracają do Łosic nieliczni Żydzi, którzy przeżyli. Lokują się w jakimś pustym domu przy Rynku. Pierwszej nocy ktoś wrzuca im przez okno granat. Nikt nie ginie, bo szczęściem wszyscy akurat byli na piętrze.

Po wojnie wraca do Poznania?

– Nie od razu. To jeszcze nie koniec wojny. Wstępuje do II Armii Wojska Polskiego. Chce walczyć, pomścić rodzinę. W armii nie mówi, że jest Żydem, walczy pod zmienioną tożsamością. Gdy kończy się wojna, jest w Sudetach. Dostaje rozkaz, żeby pojechać do Poznania i przygotować tam koszary dla całego pułku. Ale – i to jest cały Noach! – namawia oficera, który dowodzi ich grupą, żeby jechali do Poznania przez... Berlin. „Chciałem, żeby moja rodzina moimi oczami zobaczyła zniszczony Berlin, upadek Hitlera”. Przekupują patrole po drodze, opowiadają różne bajki – i docierają do Berlina.

Kiedy kończy się wojna, Noach nie wie, co ze sobą zrobić. W Poznaniu nie ma już nikogo z przedwojennych Żydów i rodziny. Jedzie do Mordkowiczów do Łodzi. Poznaje w międzyczasie swoją przyszłą żonę Clilę. Próbują wyjechać do Palestyny, utykają we Włoszech. Zniechęceni wracają do Polski, do Wrocławia, gdzie było skupisko Żydów. Noach chce studiować, ale nie przyjmują go na tamtejszy uniwersytet, bo pisze, że ojciec miał przed wojną sklep i biorą go za burżuja. Wraca więc do Poznania i dostaje się na geologię, bo tym razem podaje, że był dzieckiem robotnika. Ciekawie opisuje powojenny Poznań, spotkania z ludźmi. Ci, którzy go kiedyś tępili, cieszą się, że przeżył. Pisze, że Poznań przestał być endecki.

Nie spotyka się z antysemityzmem?

– Wtedy nie. Z nastrojami antysemickimi styka się potem, gdy już zawodowo podróżuje po Polsce. Uważa, że jego rodzina nie może czuć się w pełni bezpiecznie w Polsce i w 1957 r. decyduje się ostatecznie wyjechać z żoną, synem i córką do Izraela. Jest potem wziętym geologiem, izraelski rząd wysyła go do pracy w Afryce i Ameryce Płd. Żartował: „Jestem spełnieniem marzeń endeków, bo byłem polskim Żydem na Madagaskarze”.

Noach Lasman ok. 1945 r.Noach Lasman ok. 1945 r. arch. Noacha Lasmana

A ty kiedy go poznałeś?

– Z 18 lat temu. Pracowałem wtedy w „Wyborczej” i pisałem tekst o odnalezionych macewach z cmentarza żydowskiego przy Głogowskiej. Skontaktował mnie z Noachem jego przyjaciel.

Lasman odwiedził Polskę zaraz po upadku komunizmu, w 1989 i 1991 roku, zobaczył wówczas na murach Poznania, Warszawy i innych miast gwiazdy Dawida na szubienicy, antysemickie hasła. Był tym przygnębiony. Przestał do Polski przyjeżdżać. Ale gdy się z nim skontaktowałem, opowiedział mi wiele i chętnie o przedwojennym Poznaniu, mieście widzianym oczami chłopaka z żydowskiej rodziny. Nie słyszałem wcześniej takiej opowieści! Zacząłem po tym namawiać prof. Jacka Wiesiołowskiego do wydania Kroniki Miasta Poznania o poznańskich Żydach. Profesor odpowiedział, że nie ma dość materiałów, ale coś w nim zakiełkowało, bo wkrótce się zdecydował. Namówiłem wtedy do napisania wspomnień m.in. pana Noacha. I przyjechał potem do Poznania na promocję kroniki. A jak przyjechał, zacząłem go drążyć: „Panie Noachu, pan musi napisać o przedwojennym żydowskim Poznaniu”. Czytałem już jego książki, wiedziałem, że jak nie on, to nikt inny. Noach, swoim zwyczajem, nic nie odpowiedział. Po paru miesiącach zadzwonił do mnie, że szuka agroturystyki pod Poznaniem, bo chce przyjechać latem. Zdecydował się napisać tę książkę.

Rano pływał w jeziorze, potem wsiadał w autobus, jechał do Poznania, szedł do archiwów i bibliotek i siedział tam aż do zamknięcia nad starymi gazetami i papierami.

Nie był już młody wtedy.

– Miał ponad 80 lat.

Wiesz, co czytał w bibliotekach?

– M.in. zajadle antysemickie ogólnopolskie gazety, które przed wojną były wydawane w Poznaniu „Pod pręgierz” i „Pająk”. Czytał je już przed wojną. Dużo tam było o poznańskich Żydach i dzięki temu przypominał sobie, jak mi mówił, zdarzenia, nazwiska, kto gdzie miał interes, czym się zajmował. Wyjeżdżał stąd gotów napisać tę książkę i pewnie dawno już by była, gdyby nie nagła i poważna choroba, która dopadła go w lutym 2008 r. Od tamtego czasu nie może już pisać.

Kilka jego książek ukazało się wcześniej.

– W Polsce w 1997 r. wyszły „Wspomnienia z Polski” – opowieść, która wygrała konkurs Żydowskiego Instytutu Historycznego na wspomnienia Żydów z powojennej Polski. I – w 1994 r. – powieść „Pięćdziesiąt kilometrów od Treblinki”. W Izraelu czy Niemczech wyszły m.in. „Szosa” – niesamowicie mocna książka o obozie pracy, w którym był, oraz „Szeregowiec Lasman” – o jego przeżyciach jako żołnierza. Szukałem dla nich wydawnictwa w Polsce, nie tylko ja. Bardzo zainteresowany był Ośrodek KARTA. To oni wpadli na pomysł, żeby wydać wspomnieniowe teksty Lasmana razem, bo układały się one w niebanalną i pełną nieopisanych przedtem wątków biografię polskiego Żyda z zachodniej Polski, ale do całości brakowało wspomnień z lat 1939-1942. KARTA chciała, żeby Noach je dopisał, ale on już nie mógł. I ostatecznie nie doszło do wydania. Inne wydawnictwa z kolei chciały pieniędzy za publikację.

W zeszłym roku pojechałem do Jerozolimy. Odwiedziłem Lasmanów. Chciałem w archiwum Noacha poszukać zdjęć do wycieczek po żydowskim Poznaniu, które miałem oprowadzać latem. Razem z plikiem zdjęć córka Noacha Hania podsunęła mi zieloną teczkę. Ona nie zna polskiego na tyle, żeby czytać, nie wiedziała, co tam jest. Patrzę, a tam gruby plik maszynopisów: jest rok 1939 rok, Żydzi w pierwszych miesiącach panowania Niemców w Poznania, potem Łosice... To wszystko, czego brakowało! To ta książka, którą musiał skończyć niedługo przed chorobą. Zrozumiałem, że jest całość materiału i można wydać książkę o przedwojennych, wojennych i powojennych losach Lasmana, która będzie świadectwem losu poznańskich Żydów podczas wojny.

Chcesz tę całość wydać i zbierasz fundusze. Zbiórkę uruchomiłeś tydzień temu – razem z Fundacją Synagoga Nowa – Centrum Dialogu – na portalu Wspieram.to.

– Książkę chce opublikować Wydawnictwo Miejskie Posnania. Mamy podpisaną umowę, ale prac jest bardzo dużo, chcę przygotować tę książkę jak zwykle starannie, szacuję, że zajmie mi to z pół roku. Mało które wydawnictwo może zapewnić na taki czas środki, zwłaszcza że chcę, żeby ta książka była także dobrze zilustrowana. W różnych źródłach i miastach są zdjęcia, bardzo ciekawe, ale trzeba tam pojechać, posiedzieć, chcę też przeszukać obszerne archiwum pana Noacha w Jerozolimie, bo spodziewam się, że różne rzeczy można tam jeszcze znaleźć: może jeszcze inne teksty, na pewno zdjęcia, listy. A to jest mi potrzebne do napisania posłowia – i o panu Lasmanie, i o innych poznańskich Żydach podczas wojny, bo los Lasmanów był tylko jednym ze scenariuszy, w jakich ginęli. Szacuję, że potrzeba na tę pracę 17 tys. zł – wliczając w to wszystkie prowizje, podatki od zbiórki, nagrody dla darczyńców w postaci książek, pocztówek, zakładek – które sięgną niestety 30 proc. tej sumy, jeśli nie więcej. Sytuacja z tą zbiórką jest jednak niesamowita, bo po tygodniu mamy już ponad połowę kwoty. 

Kiedy książka miałaby się ukazać?

– Jesienią tego roku, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Chciałbym, żeby pan Noach zdążył ją zobaczyć. A teraz tym bardziej chciałbym, żeby ta książka wyszła, bo w kontekście ostatniej polskiej awantury z Żydami to znakomita na nią odpowiedź. Lasman brzydzi się historią urabianą przez politykę, jest wolny od tej perspektywy, nawet kiedy pisze o Niemcach. Widzi tylko ludzi: dobrych i złych Niemców, dobrych i złych Żydów, dobrych i złych Polaków. Jego wspomnienia są po prostu relacją zdystansowanego świadka wydarzeń, który nie widzi ani nazistów, ani komunistów, patriotów, akowców czy zdrajców, tylko widzi samych ludzi, ich charaktery, środowiska, podległości, wybory i czyny. I tylko ludzi między dobrem i złem opisuje Lasman. Oddaje każdemu człowiekowi jego sprawiedliwość.

Kiedy planowałem, że zorganizuję zbiórkę na książkę, nie myślałem o polityce, myślałem o tym, żeby wspomnienia, które zostawia po sobie Noach Lasman, dotarły wreszcie do Polaków i Poznania, bo są tego warte. Tymczasem nagle wmieszały się w to kompleksy i udająca godnościową, a podszyta złą wolą polityka niszcząca to, co dobrego udało się w Polsce i Izraelu zrobić przez ostatnie 30 lat w stosunkach polsko-żydowskich.

Dlatego bardzo mnie cieszy, gdy widzę, że na książkę Lasmana wpłacają i Polacy, i Izraelczycy czy Żydzi z diaspory, a tym samym zbiórka staje się może małym, ale wspólnym działaniem na rzecz naszych dobrych stosunków. Wyraźnym sprzeciwem przeciwko rozbudzaniu w Polsce na nowo antysemityzmu, a w Izraelu postaw antypolskich. To napawa nadzieją. Bo jakkolwiek ludzie nad wyraz łatwo poddają się dzisiaj propagandzie, to, co zostało zrobione przez ostatnie lata między Polakami i Żydami, zostało zasiane i też daje owoce. Nie musimy o sobie źle mówić, możemy rozmawiać i wspólnie działać.

Cieszę się też, że tę książkę wyda poznańskie wydawnictwo, to jest coś najlepszego, co mogło ją spotkać. Wyobraź sobie, że od czasu swojej choroby pan Noach cały czas mówi: „Ja chcę jechać do Poznania”.

Chciałby jeszcze odwiedzić Poznań?

Kiedy zachorował, początkowo stracił wszystkie języki, którymi w ciągu życia mówił, został mu w pamięci tylko polski. Tak, chciałby wrócić.

Andrzej Niziołek – dziennikarz, pisarz, autor książek, w 2014 r. wydał książkę „FIRA. Poznańscy Żydzi. Opowieść o życiu”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.