- Białorusini nie oszczędzają swoich samochodów i blokują nimi OMON, by dać demonstrującym szansę na ucieczkę. Niestety nie mają potem żadnych szans na odszkodowania - opowiada Uladzimir Cybulka, Białorusin mieszkający w Poznaniu.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chcesz dostawać mailem najważniejsze informacje z Poznania? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

Maria Bielicka: Wszyscy śledzimy wydarzenia na Białorusi. Jak ty, Białorusin od 20 lat mieszkający w Polsce, widzisz to, co teraz się tam dzieje? Bo w mediach coraz ciszej na ten temat.

Uladzimir Cybulka*: Z doniesień medialnych w Polsce można wnioskować, że protesty cichną, ale wcale tak nie jest. W ostatnią niedzielę, nie zważając na deszcz, po raz kolejny ponad 100 tys. osób demonstrowało tylko w Mińsku, nie mówiąc o Witebsku, Grodnie czy innych większych miastach.

A "spacery" kobiet?

- Też cały czas są organizowane. Chodzą na nie głównie kobiety, po trzy, cztery. Mają na sobie biało-czerwono-białe akcenty, bo to kolory historycznej flagi białoruskiej, lub białe wstążki, noszą kwiaty i parasolki. To dobry pomysł, bo trudno im zarzucić nielegalne gromadzenie się i zatrzymać. Białorusini manifestują też solidarność i niezadowolenie albo klaszcząc w dłonie, albo trąbiąc klaksonami. Do tego - włoski strajk, tak w pracy, jak i na ulicach, gdy jeździ się z prędkością 10-20 km na godzinę.

Jak reaguje na to reżim Łukaszenki?

- Cały czas są represje, choć OMON zmienia taktykę. Na początku okaleczali ludzi, kilku nawet zabili, a teraz robią pokazówki: w piętnastu rzucają się na jednego, pakują go do autozaku, czyli takiej policyjnej ciężarówki, i po 15 dobach wypuszczają. Bywa, że to się przeciąga do 25 dób, zwłaszcza gdy ktoś stawia opór przy zatrzymaniu. W ostatnią niedzielę zatrzymano ponad 450 osób. W biały dzień użyto nie tylko armatek wodnych, ale i granatów dźwiękowo-świetlnych, strzelano w demonstrujących, a brutalność w autozakach i na posterunkach była porównywalna do tego, co działo się tuż po wyborach.

Ze statystyk wynika, że już ponad 13,5 tys. osób przeszło przez areszty. Zgłoszonych jest ok. 70 spraw kryminalnych, ale żadna z nich nie została dotąd wszczęta. Za to postępowania wobec protestujących wszystkie są już w toku. System sądowy działa jak taśma produkcyjna.

Wciąż są też nowe pomysły na represje. Ostatnio zaczęli ludziom odbierać dzieci - zdarza się tak, gdy rodziców wsadzą do aresztu i dziecko jest pozbawione opieki. To też ma rodziców zniechęcić do protestów.

Co spowodowało tak masowe protesty? Wcześniej Łukaszenka nie fałszował wyników wyborów?

- Moim zdaniem właśnie brutalność OMON-u sprawiła, że ludzie zaczęli tak masowo wychodzić na ulice, bo milicja i jednostki specjalne tłukli i znęcali się nawet nad ludźmi, którzy nie brali udziału w protestach.

Wystarczyło, że człowiek siedział na ławeczce przed domem, czy wracał ze sklepu w okolicy miejsca, gdzie były protesty. W aresztach na masową skalę stosowano tortury - ludzi trzymano godzinami w rozkroku z rękoma do góry przy ścianie, nie pozwalano skorzystać z toalety, nie udzielano pomocy medycznej. Są oświadczenia o gwałtach pałami tak, że ludzie mają porozrywane jelita.

I rozumiem, że potrzeba pieniędzy na leczenie tych ludzi?

- To oczywiście najważniejsze, na ten cel jest wiele zbiórek. Na pomoc medyczną zebrano już ponad 2 mln dolarów. Ale brakuje pieniędzy na sprawy zupełnie podstawowe.

Jakie?

- Choćby na telefony komórkowe, bo OMON konfiskuje lub niszczy aparaty, zmusza ludzi biciem do odblokowywania ich, żeby sprawdzić, czy zatrzymani należą do grupy, która skrzyknęła się na Facebooku / Telegramie. Więc ludzie czasem rozbijają swoje telefony, żeby nie przejęła ich milicja.

Poważnym problemem są też uszkodzone samochody. W Mińsku, gdy ludzie wychodzą na ulicę, kierowcy blokują armatki wodne, suki i autozaki, by osłonić protestujących. W tym celu włączają światła awaryjne i udają, że coś tam naprawiają, albo po prostu zajeżdżają drogę milicji. Tak w ubiegłą, jak i w tą niedzielę samochody blokowały w Mińsku armatki wodne oraz dojazd kolumn ciężarówek z OMON, które miały rozprawić się z manifestującymi. Część ludzi protestuje też w samochodach, bo jednak tak czuje się bezpieczniej.

OMON taranuje te samochody, wybija szyby, celowo niszczy auta, a nawet konfiskuje. Bywa też tak, że milicja wyciąga na środku drogi kierowcę i zabiera go do aresztu, a samochód zostaje na ulicy z kluczykami w stacyjce. Doszło do tego, że z taką agresją ze strony OMON-u spotykają się zwykli kierowcy, którzy po prostu przepuszczali ludzi na pasach.

I są kłopoty z odszkodowaniem?

- Nie ma odszkodowań – żadna ubezpieczalnia nie pokryje takich szkód. Ludzie boją się nawet o nie występować, bo musieliby opisać okoliczności, a za to można trafić do aresztu. A dla wielu Białorusinów samochód to narzędzie pracy i podstawowy środek transportu.

Białorusini są teraz wobec siebie bardzo solidarni i wzajemnie się wspierają. Wiele warsztatów naprawia te zniszczone samochody i nie bierze za to pieniędzy. No ale za darmo nie mogą tego robić w nieskończoność, bo z czegoś muszą żyć. Dlatego organizujemy zbiórkę, żeby było czym zapłacić za naprawę samochodu. Potrzebne są też pieniądze na drakońskie mandaty i kary administracyjne, które wymierza reżim pokojowo protestującym ludziom.

Formalnie pieniądze zbiera stowarzyszenie Regionet.

- To stowarzyszenie, które założyliśmy m.in. z moją żoną w 2003 r., daje nam możliwość - obok tego, co robimy zawodowo - realizowania pasji - nieformalnej edukacji, warsztatów teatralnych i filmowych, seminariów. W ramach stowarzyszenia organizujemy projekty polsko-niemieckiej współpracy młodzieży, prowadzimy edukację międzykulturową i programy, które mają się przyczynić do rozwoju demokracji, wspierać społeczeństwo obywatelskie, przeciwdziałać homofobii i nietolerancji. Projekty z Białorusią zaczęliśmy organizować jeszcze przed wejściem Polski do UE. Ciekawe były doświadczenia jednego z pierwszych polsko-niemiecko-białoruskich spotkań pod koniec lat 90., kiedy to Białorusini twierdzili, że demokracja jest chyba dobra, ale trochę teoretyczna, Polacy, że dobra, ale trudna do osiągnięcia, a Niemcy dyskutowali o jakości demokracji. To pokazało, jak różne są nasze sytuacje i punkty odniesienia.

Wybierasz się teraz do Białorusi, czy to zbyt niebezpieczne?

- Teraz nie ma to większego sensu ze względu na obostrzenia covidowe i z powodu uszczelnienia granicy. Od inauguracji Łukaszenki wróciły kontrole dla zwykłych ludzi i niczego już nie można przewieźć. Wcześniej można było zabrać ze sobą po 50 kg rzeczy osobistych i 5 kg jedzenia. Teraz wszystko zabierają na granicy albo zawracają.

Czy jest szansa, że coś się zmieni?

- Tym razem wkurzył się cały naród, więc szansa na zmiany jest większa niż kiedykolwiek wcześniej. Tworzą się lokalne społeczności. Protesty bardzo Białorusinów zjednoczyły, ludzie okazują sobie wzajemnie wsparcie, np. kierowcy spontanicznie podwożą, gdy widzą, że ktoś wyszedł z aresztu albo właśnie ucieka przed milicją. Ludzie chcą pokazać, że tych, co nie wspierają Łukaszenki, jest dużo i nie są to tylko narkomani i prostytutki sterowane przez Polaków i Czechów, jak sugerują państwowe media.

Ludzie stali się odważniejsi. Przykładów jest wiele. Najbardziej znany: dwóch chłopaków udźwiękowiało w parku oficjalny koncert i pod koniec tego koncertu stanęli na scenie, jeden z "victorią", drugi z zaciśniętą pięścią i puścili znaną, ale zakazaną od 15 lat piosenkę Wiktora Coja "Zmian domagają się nasze serca". Powyrywano im kable z głośników, a ich samych wsadzono do aresztu. Ostatecznie obaj uciekli za granicę, ale od tamtego czasu w Mińsku trwa akcja malowania murala z ich wizerunkiem na jednym z podwórek, obecnie znanym jako „Plac Zmian”. Ten mural codziennie jest zamalowywany, często w asyście milicji, po czym mieszkańcy się schodzą i malują go na nowo. Była też sytuacja, że człowiek otworzył okno i grał dla protestujących na pianinie piosenki zagrzewające do walki, nawet radzieckie. Też zagrozili mu, że będzie siedział. Albo społeczna akcja wieszania biało-czerwono-białych flag: na budynkach, między domami, na balkonach, na ogrodzeniach, w parkach. Ostatnio flaga została zamontowana na samym środku sadzawki i pracownicy służb komunalnych trzy godziny walczyli, żeby ją ściągnąć. A za wieszanie flag też grożą kary. Wspólnoty mieszkaniowe dostają mandaty nawet równowartości 12 tys. zł. Są nawet mandaty za wieszanie flag na balkonie, co jest ostatnio kwalifikowane jako organizowanie "niezarejestrowanej pikiety" lub "psucie elewacji". Często nie są to nawet flagi, tylko biało-czerwone-białe wstążki. Różnica jest taka, że o ile flagi są zdejmowane, to wstążki palone są palnikami. Albo każą te wstążki obcinać tym, co mają karę ograniczenia wolności, ale odbywają ją w domach. I za odmowę wykonania polecenia grożą więzieniem.

A są ludzie w służbach, którzy sprzyjają temu społecznemu ruchowi?

- Zdarzają się pojedyncze przypadki, że ktoś odmawia wykonania rozkazu, np. zdjęcia flagi, ale wiadomo, że wtedy zaraz straci pracę. A z czegoś trzeba żyć, by utrzymać rodzinę.

Kto tej rewolucji przewodzi?

- No właśnie nikt. Partie opozycyjne trzymają się z daleka i protesty nie mają liderów. To nawet dobrze, bo przecież wszystkich nie wsadzą do aresztu. Pozostaje jednak pytanie, co zrobić, by ta energia przełożyła się na konkrety, czyli na realne zmiany. Ludzie chcieliby odsunąć Łukaszenkę od władzy pokojowo, ale on sam pokojowo władzy nie odda.

Czy Łukaszenka boi się tych protestów?

- Tak, ale boi się przede wszystkim strajków dużych przedsiębiorstw. Chodzi zwłaszcza o takie zakłady jak Mińska Fabryka Traktorów, Bielaruśkalij z Soligorska (producent nawozów), czy Fabrykę Azot z Grodna (producent nawozów i związków azotowych) itd. Ich pracownicy już wyszli na ulicę, potem jednak trochę się wycofali ze względu na represje wobec członków komitetów strajkowych, a nawet ich rodzin.

Łukaszenka nie obawia się natomiast buntu w państwowych mediach, bo buntowników stamtąd łatwiej zastąpić nowymi. Z białoruskiej telewizji jeszcze na początku protestów zwolniło się ok. 25 osób, bo nie wytrzymali „rozjazdu” pomiędzy rzeczywistością a przygotowywanymi reportażami. Z dnia na dzień zastąpiła ich ekipa z Russia Today. Natomiast kandydatów na robotników do fabryki tak łatwo się nie znajdzie, w dodatku wyspecjalizowanych.

*Uladzimir Cybulka przyjechał z Białorusi do Polski po studiach na Uniwersytecie Technologicznym w Mińsku, najpierw jako stypendysta Fundacji Batorego, a następnie – Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. W Poznaniu skończył drugi kierunek na wydziale ekonomii leśnictwa Uniwersytetu Przyrodniczego, a potem zrobił aplikację na rzecznika patentowego i jako pierwszy obcokrajowiec w Polsce zdał państwowy egzamin i został rzecznikiem patentowym. Ożenił się z Polką, razem prowadzą Kancelarię Prawno-Patentową "Poraj", która zajmuje się ochroną własności intelektualnej.

Pieniądze wpłacać można na konto Stowarzyszenia Regionet,

ul. Słowackiego 31/33, lok. 1, 60-824 Poznań

nr konta: 73 1610 1133 2003 0074 4829 0004

SWIFT/BIC: GBWCPLPP (SGB-Bank S.A.)

Tytuł wpłaty: Białoruś

Koronawirus w Polsce. Zapisz się na specjalny newsletter, w którym zawsze znajdziesz sprawdzone informacje

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem