Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rodzina Mylii, bohaterki „Kolonii” przeprowadza się za miasto i stamtąd nastolatka dojeżdża do liceum. Początkowo obserwujemy jej pełne napięcia zachowanie, nie wiedząc, z czego wynika. Twórcy filmu nie opowiadają wprost, zdają się ukrywać prawdę przed widzem, tak, jak często robią to nastolatki wobec swoich opiekunów. Widzimy więc tylko symptomy: Mylia nerwowo zaciska palce na przedmiotach, ciężko oddycha, a w szkole, przed rozpoczęciem lekcji i na przerwach chowa się w toalecie. Dopiero po pewnym czasie dowiemy się, że była prześladowana w poprzedniej szkole, a interwencja matki u dyrektora tylko pogorszyła sprawę. Po takim doświadczeniu dziewczynka robi wszystko, żeby dostosować się do grupy. Przyjmuje od koleżanek szereg propozycji, mimo że ich świat jest jej obcy: idzie na imprezę, pije alkohol, zakłada erotyczny strój na bal przebierańców i pod naciskiem grupy omal nie doprowadza do inicjacji seksualnej z przypadkowym kolegą.

 

Przemyślana praca operatorska podkreśla strach i poczucie zaszczucia nastolatki. Kamera konsekwentnie podąża za bohaterką, stwarzając atmosferę przytłoczenia i przez małą głębię ostrości koncentrując uwagę na jej przeżyciach. Świat w tle jest rozmyty, ale jednocześnie narzucający się. To przestrzeń jak z psychotycznych majaczeń. Rola Mylii zagrana jest mistrzowsko: młoda aktorka jest jednocześnie pełna dystansu i bardzo ekspresyjna. Nie ma w jej kreacji nic nadmiarowego, siłę wyrazu wydaje się czerpać z dobrze przemyślanego kontekstu sytuacji.

Przemiana bohaterki następuje powoli, dzięki akceptacji indiańskiego kolegi i jego rodziny. Mylia przekonuje się, że nie pasuje do reszty klasy, a zdrowa tożsamość kształtuje się dzięki przyjaźni z chłopcem, również outsiderem, który swoją inność akceptuje i czyni z niej podstawę dla stawianych sobie celów. To on opowiada Mylii o znanym fotografie, którego niekonwencjonalne ujęcia artysta uzasadniał anegdotą: „jako dziecko w kolorowankach wychodziłem za linię”. Owa metafora pozwoli bohaterce określić obszar swojego „ja” i rozpocząć proces uniezależniania się od nacisków innych.

„Dom Kolibra” – jak dojrzewa się w Korei?

W „Domu kolibra” widzimy nastolatkę z ubogiej koreańskiej rodziny. To nie pierwszy już film o braku perspektyw w Południowej Korei dla ludzi z niższych warstw. W atmosferze codziennego niedostatku, w bloku z wielkiej płyty, znosząc przemoc fizyczną ze strony swojego brata, Eun-hee jest prawie niewidoczna. Rodzice zmęczeni wyczerpującą pracą nie są w stanie poświęcić wiele uwagi trójce swoich dzieci, którym jednak chcą zapewnić możliwość studiowania. Eun-hee, najmłodsza w rodzinie, żyje pomijana i niezauważana. Mówi swojej koleżance, że rodzice „nigdy nie patrzą w oczy”. Gdy znajduje u siebie guz za uchem, musi przejść biopsję. W klinice jest sama, nie chcąc angażować za mocno udręczonej pracą matki. Twórcy filmu uniknęli jednak uproszczeń. Pokazują wysiłki rodziców, by wykształcić dzieci, spotkania całej rodziny przy wspólnym malutkim stole, rozpacz z powodu choroby córki.

 

Samotność nastolatki przerywana jest bardziej czy mniej udanymi przyjaźniami. Najważniejszą jednak relacją, która sprawia, że Eun-hee poczuje się zauważona, jest nowa, życzliwa korepetytorka, potrafiąca patrzeć w oczy i w dusze nastolatków. Zdjęcia są tu ważniejsze niż narracja słowna: długie ujęcia spojrzeń i łagodnych uśmiechów, dłoni trzymających czarki z herbatą. Jeśli coś musi wybrzmieć, to słowa znaczące. Nauczycielka jest jedną z pierwszych feministek i zobowiązuje dziewczynkę: „nie daj się bić; jeśli ktoś będzie to robił, zrób wszystko, żeby mu oddać”. Nie ma jednak w tym przekazie agresji, lecz godność. Przyjaźń z nauczycielką nie trwa długo, ponieważ ta ginie w wypadku – w 1994 roku zawalił się jeden z najważniejszych komunikacyjnie mostów. Strata staje się jednak częścią dojrzewania. To, co Eun-hee otrzymała od nauczycielki, zostaje jako zaczyn rozwoju.

Film wystawia widza na próbę przez swoją długość, ale to właśnie zatrzymania akcji, medytacyjne wręcz śledzenie sytuacji daje poetycki efekt. Subtelne, ciepłe światło przenikające chwile samotności dziewczynki, kontrastuje z ostrym, „obiektywnym” oświetleniem świata zewnętrznego. Kamera wiernie towarzyszy bohaterce, co pozwala przyjąć jej punkt widzenia – małego „kolibra” w wielkim świecie. Gorąco polecam, bo mimo różnic kulturowych koreański obraz jest na tyle uniwersalny, że może trafić również do polskiej młodzieży.

„Kolonia”, reż. Genevieve Dulude-De Celles (Kanada 2018), projekcja: 4 grudnia, godz.17.

„Dom kolibra”, reż. Bora Kim (Korea Południowa 2019), projekcja: 4 grudnia, godz. 19.30.

Tekst: Barbara Kowalewska

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.