Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Życie i „Śmierć superbohatera”

Mówić czy nie mówić, oto jest pytanie – no właśnie. Czy filmy powinny poruszać kwestię umierania? Śmiertelna choroba to bardzo trudny i niewdzięczny temat, w końcu większość osób nie lubi słuchać o tym, że kiedyś przyjdzie im kopnąć w kalendarz. Ponadto w obrazach tego typu nie trudno o przejaskrawienia, przesadny dramatyzm, oklepane schematy i klisze mające na celu wyciśnięcie z widza ostatnich pokładów chlorku sodu.

Jak już wspomniałam, ludziom często wydaje się, że są nieśmiertelni, a przecież, jak przypomina nam z ekranu jedna z postaci (swoją drogą, moja ulubiona), „śmierć zawsze wygrywa” – nieważne, jak sprytni byśmy nie byli czy jak bardzo się nie napocili, i tak kiedyś wyzioniemy ducha. Jest tego w pełni świadom kilkunastoletni Donald, który od ponad roku zmaga się z paskudną chorobą nowotworową. Podczas gdy jego rówieśnicy zastanawiają się, które studia wybrać, on nawet nie wie, czy będzie żył na tyle długo, aby zobaczyć kolejny wschód słońca. Na dobrą sprawę nie ma żadnej kontroli nad swoim własnym życiem, przez co traktuje je nie jako cenny dar, a najgorsze przekleństwo. Nieodpowiedzialne zachowanie i nihilistyczne nastawienie nastolatka do rzeczywistości doprowadza jego bliskich na skraj wytrzymałości, a samego zainteresowanego przed oblicze niekonwencjonalnego terapeuty, granego przez świetnego Andiego Serkisa. Brytyjski aktor po raz kolejny pokazał klasę i udowodnił wszystkim, którzy mieli jakiekolwiek wątpliwości, że nie jest człowiekiem jednej roli i nie musi kojarzyć się tylko z tolkienowskim Gollumem. Wykreowana przez niego postać jest perfekcyjnie wyważona i zagrana. Ponadto chemia, jaką udało mu się stworzyć z młodziutkim Thomasem Brodiem-Sangsterem, jest jedną z najlepszych rzeczy, które spotkały ten film. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest znacznie mocniejsza niż ta pomiędzy głównym bohaterem i wybranką jego serca.

 

Największą (obok aktorstwa) zaletą tego filmu jest jego estetyka. Co prawda same zdjęcia jako takie są dosyć przeciętne, ale tym, co robi całą robotę, są komiksowe wstawki. Główny bohater ma ogromny plastyczny talent, przez co część jego historii przedstawiają nam sceny rodem z zeszytów o superbohaterach. To właśnie te sceny nadają filmowi smaku, tempa i niepowtarzalnego charakteru. Inny ciekawy zabieg twórców związany jest ze ścieżką dźwiękową. Nie od dziś wiadomo, że jeden z najlepszych sposobów na poznanie drugiego człowieka związany jest z muzyką, której on słucha. Dlatego, żeby jeszcze bardziej wciągnąć widza w historię, „zakłada mu się” umowne słuchawki – słuchamy w danym momencie dokładnie tych samych piosenek co bohater, a kiedy ten ściąga swoje nauszniki, to dźwięki stają się przytłumione, tak jak w prawdziwym życiu.

„Śmierć superbohatera” to niewątpliwie film ciekawy, dojrzały i skierowany do widza nieco starszego – podejmuje trudny temat, zawiera wulgaryzmy i treści zdecydowanie nieprzeznaczone dla najmłodszych. Co ciekawe, dzieło Iana FitzGibbona ma już ponad 8 lat, a mimo tego prawie się nie zestarzało (pomijając pokazane, nowoczesne na tamte czasy, technologie). Jego przesłanie jest wciąż ważne i piekielnie aktualne – pewnego dnia wszyscy będziemy gryźć piach, to bardziej niż pewne, ale przez wszystkie pozostałe dni możemy i powinniśmy żyć, a nie tylko egzystować.

Tekst: Eliza Hajdenrajch

„Kolonia” – czyli o tym, czy tylko młodzi szukają siebie

Film „Kolonia” w reżyserii Genevieve Dulude-De Celles opowiada o młodej kanadyjce Mylii, która właśnie przeniosła się do nowej szkoły i staje przed wyborem: zmienić się i zdobyć przyjaciół czy być dalej sobą.

Film 'Kolonia' na Festiwalu Ale Kino! w PoznaniuFilm 'Kolonia' na Festiwalu Ale Kino! w Poznaniu Materiały prasowe

Jak na film o dorastaniu przystało, „Kolonia” mówi o szukaniu i zatracaniu siebie, o pierwszej miłości i o próbach przeżycia liceum w taki sposób, jaki wydaje się być tym właściwym sposobem. Po jednej stronie bohaterka ma dwójkę przyjaciół: silnie związanego ze swoimi korzeniami Indianina oraz „kobietę jej życia”, czyli swoją małą siostrę. Po stronie przeciwnej ma swój wzór „idealnej” nastolatki, czyli swoją kuzynkę i jej grupę przyjaciółek. I tak Mylia uświadamia sobie, kim i jak chce być. Wydaje się, że człowiek dorasta i koniec. Ale czy to nie jest przypadkiem tak, że codziennie decydujemy, kim jesteśmy? Możemy, jak każdy „normalny” człowiek, kolorować kolorowankę w środku. A możemy zdecydować się na bycie „dziwakiem” i odważnie wyjechać kredką poza linię?

Tekst: Miriam Czachor

„Niezwykłe lato z Tess”

„Niezwykłe lato z Tess” to jedna z licznych długometrażowych produkcji, którą można zobaczyć na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Młodego Widza Ale Kino.

Film fabularny pochodzący z Holandii w reżyserii Stevena Wouterlooda swoją światową premierę miał 9 lutego. Od czasu premiery zdobył Złotego Niedźwiedzia na Międzynarodowym Festiwalu Berlinale oraz uzyskał dwie nominacje, z czego jedną w tegorocznej edycji Ale Kino jako film godny Złotych Koziołków 2019.

 

Historia przedstawia rodzinne wakacje, których początek nie wróży dobrze. Główny bohater o imieniu Samuel postanawia trenować samotność, aby być gotowym na życie po śmierci bliskich. W jego życiu niespodziewanie pojawia się ekscentryczna oraz tajemnicza Tess, która zagraża jego próbie wytrzymałości. Wkrótce młodych ludzi zaczyna łączyć uczucie oraz tajemnica dotycząca ojca dziewczyny.

Produkcja wypełniona jest niesamowitymi widokami, świetnymi kadrami. Delikatna ścieżka dźwiękowa tworzy wakacyjny klimat, wydobywa wspomnienia o pierwszej miłości. „Niezwykłe lato z Tess” to emocjonalna historia o poznawaniu, akceptacji oraz dostrzeganiu wartości w międzyludzkich relacjach. Niezwykle poruszający i mądry film dla osób powyżej 10. roku życia, chociaż moim zdaniem jest warty uwagi nie tylko dzieci, ale również dorosłych widzów.

Tekst: Olga Bosak

„Wszystko dla mojej matki”

Szare, ponure wnętrza poprawczaka, a w nich grupa zdemoralizowanych, młodych dziewczyn, które złączyła niełatwa, naznaczona przestępstwami przeszłość. Niejedno już w życiu widziały, niejedno już w nim przeżyły, jednak ono nadal ich nie rozpieszcza. Masa problemów i sytuacji patologicznych, z którymi bohaterki stykają się każdego dnia, wydaje się nie mieć końca. Bezustannie trafiają z „deszczu pod rynnę”. Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia. A co w sytuacji, kiedy nawet ona już zawiodła? Czy warto jeszcze w życiu o coś walczyć?

 

Na wszystkie te pytania odpowiedź znajdziemy w filmie zatytułowanym „Wszystko dla mojej matki”. Dzieło Małgorzaty Imielskiej to film do bólu prawdziwy – nie ma w nim miejsca na owijanie w bawełnę. Trudny, a zarazem niezwykle emocjonujący. Piękny w swej prostocie. Odważny i niecodzienny. Jedno jest pewne – nie można przejść obok niego obojętnie. Zdecydowany „must see” z programu dla młodzieży i dorosłych tegorocznej edycji festiwalu Ale Kino. Kolejna szansa, by go zobaczyć w czwartek o godz. 19.30 w Multikinie 51.

Tekst: Sara Gronek

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.