Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Obyś następnym razem umarła :-)”- czy na pewno?

Tegoroczne debiutanckie dzieło węgierskiego reżysera Mihaly Schwechtje, absolwenta Uniwersytetu Sztuki Teatralnej i Filmowej w Budapeszcie to nowość, choć jego tematyka jest obficie eksploatowana przez media i instytucje. Pokoleniu „homo smartphonicus” od pierwszych lat edukacji wpaja się wiedzę o ciemnej stronie internetu, ale czy pamiętamy o tych informacjach, kiedy problem zaczyna dotyczyć także nas?

Eszter to uczennica węgierskiego liceum. Jak każdy nastolatek ma swoją pasję i poświęca jej mnóstwo wolnego czasu. Bohaterka zafascynowana jest japońskim kręgiem kultury anime; czyta mangi, bierze udział w konwentach. Z pozoru, w przeciwieństwie do koleżanek z klasy, nie interesują jej chłopcy, jednak w tajemnicy wraz z najbliższą przyjaciółką podkochuje się w nauczycielu. Anglista początkowo nie pokazuje, by zależało mu na bliższej relacji, jednak...

 

Prawdopodobnie podejrzewasz już, jak potoczy się historia. Problematyka filmu związana z brakiem kontroli i anonimowością w mediach społecznościowych wskazuje na to jednoznacznie. Pomimo pozornej prostoty i schematyczności w budowie dzieła, w połowie obrazu reżyser wprowadza równoległy wątek, a ten diametralnie zmienia kierunek, w którym dotychczas zmierzała fabuła. Ponadto nietuzinkowa narracja sprawia, że widz przywiązuje się do bohaterki i przeżywa historię razem z nią. Chwilom słabości Eszter towarzyszy przyspieszony oddech i chęć powstrzymania jej. Na ekranie widzimy jednak coraz bardziej zdezorientowaną i uwikłaną ofiarę.

Reżyser w wysmakowany sposób bawi się formą, budując napięcie bardzo dobrze wkomponowaną w film muzyką i zabiegami operatorskimi. Peter Bernath, Balazs Szabadi, Balint Toth to twórcy ścieżki dźwiękowej, dzięki którym film bardzo zyskał na wartości artystycznej. Debiutująca na dużym ekranie Szilvia Herr, odtwórczyni roli Eszter, spisuje się doskonale. Jej powściągliwość i delikatność w prowadzeniu swojej postaci rekompensują oczy. Sposób, w jaki Szilvia ogląda otaczający ją świat mówi, że rozumie ona tragizm odgrywanej bohaterki, co widz może dostrzec w zbliżeniach. Mihaly Schwechtje, który jest także autorem scenariusza, w swoich produkcjach krótkiego metrażu skupiał się przede wszystkim na społecznych problemach współczesnego świata. W trwającym 96 minut „Obyś następnym razem umarła :-)” doskonale widać doświadczenie w opowiadaniu moralizatorskich historii. Pokazuje on zrozumienie osób, które doświadczyły podobnej tragedii, niezwykle realistycznie prowadząc i rozbudowując postacie. Ich motywacje są uzasadnione, widz podczas seansu nie ma problemu z niejasnymi wyborami czy niepotrzebnymi dla całokształtu filmu wydarzeniami.

„Obyś następnym razem umarła;-)” to historia, która może dotyczyć każdego z nas. Internet jest źródłem wielu niesamowitych rzeczy, jednak nie możemy zapominać, że jest on także groźny. Za jego pośrednictwem człowiek może stać się wrogiem samego siebie. Film zrealizowany został z dedykacją dla osób, które zagrożenia związane z życiem w sieci wiążą jedynie z nieprawdopodobnymi wydarzeniami, o których mówi się w szkole.

Tekst: Jan Kamiński

„Błąd systemu”

Całkowita rozsypka. Tak mogę określić stan swojego umysłu po obejrzeniu tego filmu. Zawsze myślałam, że każdy problem da się rozwiązać. W lepszy lub gorszy sposób. Często po obejrzeniu jakiejś produkcji mówię: „To można by poprawić. Tutaj bohaterowie podjęli złą decyzję”. Po obejrzeniu „Błędu systemu” i poznaniu całej historii Benni, nie przychodzi mi do głowy żadne rozwiązanie.

 

9-letnia dziewczynka, która przeszła w życiu naprawdę dużo. Jako dziecko nie jest w stanie poradzić sobie z własną traumą i konsekwencjami, jakie niesie za sobą jej zachowanie. Najgorsze jest jednak to, że nikt inny nie jest w stanie jej pomóc.

Pełen skrajnych emocji obraz nieszczęścia, przeplatającego się z radością. W jednej chwili kochamy Benni, a w drugiej nienawidzimy. Nie możemy zdecydować, czy bardziej współczujemy jej, czy jej opiekunom i rodzinie.

Czy Was ten film poruszy tak bardzo jak mnie? Przekonajcie się sami. W Multikinie 51, w piątek o godz. 19.30.

Tekst: Dominika Kasperska

Opowiedz mi bajkę, czyli „Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię”

Są osoby, dla których istnieją filmy animowane tylko produkcji studia Walta Disneya, ewentualnie ujdą te spod szyldu Dream Works. Jeśli znacie kogoś takiego, musicie go koniecznie wziąć za uszy i zaciągnąć (jeśli nie pójdzie po dobroci) do kina na „Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię”.

Zacznijmy od tego, że francusko-włoska produkcja nie ustępuje hollywoodzkim standardom. Co prawda nie zawiera całej masy komputerowych efektów, ale za to jest uroczym ukłonem w stronę klasycznej, rysowanej animacji. Kadry są baśniowe, kolorowe i pełne wyrazu – na uznanie zasługuje szczególnie szeroka paleta barw oraz ciekawa faktura poszczególnych przedmiotów.

Animacja 'Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię' na Festiwalu Ale Kino! w PoznaniuAnimacja 'Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię' na Festiwalu Ale Kino! w Poznaniu materiały prasowe

Cieszące oko obrazki dopełnia klimatyczna ścieżka dźwiękowa, która nawiązuje do tradycyjnej sycylijskiej muzyki ludowej. Utwory to niejedyna część oprawy audio, która spłynęła miodem na moje uszy. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie polska wersja językowa, chyba po raz pierwszy absolutnie nie przeszkadzał mi rodzimy dubbing, co więcej, nawet całkiem mi się podobał. Głównemu bohaterowi głosu użyczył fenomenalny Andrzej Chyra, ponadto na ekranie towarzyszyła mu Agnieszka Mrozińska, Paweł Olesiński i inne duże nazwiska w świecie aktorów dubbingowych.

Jak w każdym filmie, równie ważna, co sfera audiowizualna, jest sama historia. To dzieło oparto na niezwykle popularnej na Półwyspie Apenińskim książce dla dzieci autorstwa Dina Buzzatiego. Kultowa bajka opowiada o dumnym królu i jego klanie pokrytych futrem ssaków, który żyje w górach, nie wadząc nikomu. Pewnego dnia ich spokój zostaje zachwiany przez zniknięcie dziedzica tronu – małego misia imieniem Tonio. Zrozpaczony ojciec jest gotów poprosić mieszkańców sąsiedniej mieściny o pomoc. Na ogół roztańczonym i honorowym niedźwiadkom przez myśl by nie przeszło rozszarpywanie kogokolwiek na strzępy. Niestety ich pokojowe i przyjazne nastawienie zostaje brutalnie zderzone z rzeczywistością i paskudną naturą ludzi, którzy boją się tego, co inne. Między dwoma gatunkami wybucha zbrojny konflikt wynikający z osobistych uprzedzeń i braku dialogu. Jednakże nie jest to film tylko o wojnie. To także obraz o rodzinnych więzach, tolerancji, odnajdywaniu siebie, poczuciu przynależności do społeczności, dojrzewaniu.

Urzekający jest również sam sposób snucia opowieści – przedstawia ją nam wędrowny bajarz wraz ze swoją malutką córką, która jednocześnie jest jego asystentką. Szybko jednak okazuje się, że nie znają oni całego biegu zdarzeń – znane im zakończenie „bajeczki” jest zaledwie początkiem historii, którą pamięta spotkany przez nich miś w sędziwym wieku.

Co ważne, nie jest to film jednoznaczny – rzeczywistość stale ulega zmianom. Na początku można by powiedzieć, że miśki są bardziej ludzkie, a ludzie bardziej przypominają dzikie bestie, ale z czasem ta zależność nie jest już taka oczywista i wcale nie tak pozytywna, jak mogłoby się wydawać. Powiedziałabym, że momentami „Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię” to taka bardzo lekka, podparta o klasyk wariacja na temat „Folwarku zwierzęcego” George’a Orwella (tylko że z misiami w rolach głównych).

Film Dino Buzzatiego w piękny i subtelny sposób przedstawia jedne z największych absurdów świata dorosłych w sposób przystępny dla małych i dużych – niezależnie, miś, czy człowiek, każdy odkryje w tym filmie coś wartościowego.

Tekst: Eliza Hajdenrajch

„Miara człowieka” – film o dużym ciele i większym sercu

W drugim pełnometrażowym filmie, syn legendarnego Kena Loacha („Ja, Daniel Blake”, „Whisky dla aniołów”) – Jim Loach pokazuje, na co go stać. Opowiada nam bowiem historię, w której stopniowo przekonuje publikę, że o prawdziwej wielkości człowieka nie świadczy jego rozmiar. „Miara człowieka” to dzieło zaangażowane społecznie, pokazujące wartość walki o siebie – nie tylko za pomocą pustych motywacji, ale korzystając z kreatywnego humoru i pomysłowych rozwiązań fabularnych.

O Bobbym Marksie nie mówi się nad jeziorem Rumson. Nie wypada. Rodzice zapewniają dzieci, że jego nadwaga nie jest niczym złym, choć sami nie są do tego przekonani. Starsza młodzież nęka go wytykaniem i salwami śmiechu. Jedynie Joanie Williams przyjaźni się z chłopcem, przez co także traktowana jest jak margines społeczny. Tylko dla niej Bobby przyjeżdża nad jezioro w kolejne wakacje 1976 roku. Podczas jednego z wieczornych spacerów do lokalnego wesołego miasteczka dla „letniaków”, Joanie zauważa ogłoszenie o poszukiwanym pracowniku i niezwłocznie podjąwszy dyskusję z przyjacielem, nakłania go do podjęcia się tajemniczej pracy. Czy Bobby podda się, kiedy tajemniczy doktor Kahn obniży mu pensję? Może nowy sposób na zarobek zmotywuje nastolatka do podjęcia pracy nad sobą?

 

Jim Loach, podobnie jak jego ojciec, pokazuje w swoich filmach, że interesują go problemy społeczne. Współpracując ze scenopisarzem Davidem Scearce („Samotny mężczyzna”) stworzył adaptację książki „One fat summer” Roberta Lipsyte'a wydanej w 1977 roku. Tym razem z naciskiem na kwestię podjęcia walki o siebie, rozważył kwestię nadwagi wśród młodzieży, nieprzypadkowo umieszczając akcję filmu w sielankowych latach 70. w USA, gdzie do dziś problem ten nieprzerwanie rośnie. Realistyczne dialogi okraszone dobrą grą aktorską (Blake Cooper, Danielle Rose Russel, Donald Sutherland) rewelacyjnie komponują się z klimatycznym country rockiem, tworząc niepowtarzalną i niezobowiązującą atmosferę amerykańskich wakacji nad jeziorem. Na tym etapie nie można nie wspomnieć o jednym z najlepszych aspektów dzieła – scenografii. Odpowiedzialny za nią David J. Bomba pokazał, na co go stać, wplatając w tło dość drobiazgowe szczegóły, by każde ujęcie cieszyło oko. Na przestrzeni filmu pokazuje nam staromodne samochody, drewniane radioodbiorniki i przede wszystkim sam żywcem wyciągnięty z tamtego okresu ośrodek wypoczynkowy – główne miejsce akcji. Współpracując z operatorem Densonem Bakerem („Czarny balonik”), pokazuje nam obraz przywodzący na myśl kultowy serial „Cudowne lata”, który nota bene także nawiązuje do aspektu odrzucenia społecznego z powodu określonej przypadłości. Podczas projekcji warto zwrócić uwagę na kreację Donalda Sutherlanda („Duma i uprzedzenie”, „Włoska robota”, „Igrzyska śmierci”), którego kreacja jest niezwykle dokładna i poruszająca. W niektórych scenach widz może odnieść wrażenie, że scenariusz filmu powstał z myślą o nim, tak bardzo pasuje do odgrywanej postaci.

Dzieło Loacha jest bardzo przyjemnym do oglądania filmem, podczas projekcji widz niejednokrotnie będzie śmiał się z wysmakowanego komizmu postaci. Reżyser w przystępny dla młodzieży sposób rozważył kłopotliwe kwestie, o których nie rozmawia się, bo przecież nie wypada. Obraz, choć przeznaczony dla widowni 14+, bezproblemowo może zostać potraktowany jako „popołudniowy” film familijny z delikatnymi nawiązaniami dydaktycznymi.

Tekst: Jan Kamiński

Bilety na festiwal Ale Kino! Gdzie je kupić?

Bilety na seanse festiwalu Ale Kino! kosztują 5 lub 8 zł, dostępne są w kasach kina. Rezerwacji grupowej dokonać można przez internet lub telefonicznie. Program festiwalu dostępny jest na stronie alekino.com lub w wersji papierowej w kasach kin. Seanse odbywają się w Multikinie 51, w Kinie Pałacowym lub na Scenie Wspólnej.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.