Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Shaul i Ivan”

Krótki film animowany na kanwie jednej z zebranych przez Martina Bubera „Opowieści Chasydów”. Wychowana we Francji i tworząca w Austrii reżyserka postanowiła przekazać szerszej publiczności historie, na których się wychowała. W pewnej małej wiosce chłopiec Szaul śpiewa dla jej mieszkańców. Szczególnie podoba się to jego rówieśnikowi Ivanowi. „Koncert” – choć trwa tylko przez moment – na długo zapadnie w pamięć obu.

Animacja 'Shaul i Ivan'  na Festiwalu Ale Kino! w PoznaniuAnimacja 'Shaul i Ivan' na Festiwalu Ale Kino! w Poznaniu materiały prasowe

Spokojny, głęboki głos narratora prowadzi widza przez tę krótką historię o tym, że w życiu piękne są tylko chwile. Animacja – piękna w swojej prostocie – utrzymana jest w jasnych, zimnych barwach i doskonale nadaje się do historii, którą przekazuje. Trudno uniknąć skojarzeń z biblijnymi przypowieściami: forma jest krótka, bohaterowie uniwersalni, a morał – jasny. Dojrzalszemu widzowi dźwięk języka jidysz i stylistyka opowieści mogą skojarzyć się ze „Skrzypkiem na dachu” – być może to właśnie w Anatewce śpiewał Szaul?

Film zdecydowanie godzien polecenia zwłaszcza najmłodszym, ale również dla rodziców może stać się dobrą okazją do rozmowy o ludzkiej moralności.

Poniżej skrót wywiadu z reżyserką, Rebeccą Akoun.

Igor Pietruszka: Co zainspirowało panią do stworzenia tego filmu?

Rebecca Akoun: Zrobiłam go, ponieważ opowieści, którymi się inspirowałam, są zapomniane. Nikt już ich nie pamięta. Pomyślałam więc, że film to bardzo dobry sposób na to, aby więcej ludzi na całym świecie je poznało. Współcześnie dzieci nie czytają dużo, a w ten sposób mogę zapoznać je z treścią tych opowieści.

Dlaczego wybrała pani akurat tę historię?

– Uważam że pasuje ona do animacji. Ma prostą strukturę narracji, idealną do krótkiego metrażu, ponieważ ma określony początek i koniec.

Sądzi pani, że ta historia mogłaby być opowiedziana równie dobrze, gdyby film nie był animowany?

– Nie do końca. Świat, który przedstawiony jest w filmie, już nie istnieje, odwzorowanie go byłoby skomplikowane, więc trudniej byłoby nam go zrealizować. Animacja wnosi do projektu coś magicznego, czego nie da się przedstawić w filmie aktorskim.

Rozmawiał: Igor Pietruszka

Lekcja numer pięć – „Pierwsze pożegnanie”

Na samym początku naszej życiowej wędrówki spędzamy dziewięć miesięcy tuż pod sercem matki. To właśnie odgłos jego bicia jest jedną z pierwszych rzeczy, które jesteśmy w stanie rozpoznać tuż po urodzeniu. To właśnie za jego pośrednictwem oraz od samej rodzicielki otrzymujemy ciepło i poczucie bezpieczeństwa, które jest przecież jedną z podstawowych potrzeb w piramidzie Maslowa. Z czasem role się odwracają i to my musimy zająć się kobietą, która dała nam życie.

 

W przypadku Isy do tej zamiany dochodzi niezwykle szybko, gdyż jego ukochana mama, na skutek różnych wypadków i schorzeń, nie słyszy, nie mówi i nie jest w pełni poczytalna, przez co nie zawsze jest w stanie odnaleźć się w panującej dookoła rzeczywistości. Chłopiec musi więc godzić naukę w chińskiej szkole, pomoc ojcu przy zbiorach i hodowli zwierząt oraz opiekę nad matką. Z tego powodu jego dzieciństwo różni się znacznie od znanego nam, klasycznego modelu najbardziej rozpowszechnionego w Europie. Oczywiście młody bohater ma również krótkie chwile wytchnienia i beztroski, które dzieli ze swoimi przyjaciółmi – żywiołową Kalbinur i jej bratem, zawadiackim Alinazem. Jak można się domyślić, rodzeństwo też ma swoje zmartwienia. Nad ich głowami nieustannie wisi widmo ponownego rozwodu rodziców, którzy stale się kłócą. Główną przyczyną tych sporów jest kwestia edukacji: ambitna matka dwójki dzieci chce dla nich lepszego startu w przyszłość, który może zagwarantować im znajomość języka mandaryńskiego, zmiana placówki oświatowej i przeprowadzka ze wsi do miasta. Losy obydwu ujgurskich rodzin stale się przeplatają. Nic w tym dziwnego, w końcu samo słowo „Ujgur” pochodzi od starotureckiego słowa, które oznacza „zjednoczeni”.

Tym, co sprawia, że historia niedorosłych postaci staje się niezwykle angażująca emocjonalnie, jest obsada, a w szczególności aktorzy, którzy na dobrą sprawę wcale nimi nie są (szok!). W główne role autentycznie wcielają się dzieci pochodzące z ujgurskiej mniejszości etnicznej. Nie ukończyły one żadnej wybitnej uczelni teatralnej czy szkoły filmowej, a wypadają świetnie. Wszystkie emocje są niemal namacalnie widoczne na ich twarzach (szczególnie w oczach), co wymaga nie lada talentu i z czym nie zawsze radzą sobie nawet profesjonaliści.

Film 'Pierwsze pożegnanie' na Festiwalu Ale Kino! w PoznaniuFilm 'Pierwsze pożegnanie' na Festiwalu Ale Kino! w Poznaniu Materiały prasowe

Obok tych nieoszlifowanych diamentów błyszczy także reżyserka Lina Wang, która włożyła ogrom serca w tę produkcję. Kultura i codzienność tureckiej mniejszości etnicznej jest tu pokazana z najwyższą pieczołowitością. Na ekranie możemy zobaczyć tradycyjne stroje i wnętrza oraz usłyszeć ludową muzykę, która stanowi znaczną część ścieżki dźwiękowej. Jest to niejako laurka poświęcona małej ojczyźnie twórczyni, która sama pochodzi z małej wioski w zamieszkanym przez Ujgurów autonomicznym region Xinjiang. Debiutująca reżyserka dokładnie wiedziała, co chce pokazać i przekazać. Spostrzegawczy widz może w poszczególnych scenach odnaleźć skrzętnie zawoalowany komentarz do sytuacji politycznej, która ma wpływ nawet na najmłodszych. Przedstawione w filmie szkolne realia w Chińskiej Republice Ludowej bardziej przypominają więzienie o zaostrzonym rygorze niż drugi dom.

Z kolei Li Yong, który stanął za kamerą, pokazał, że nawet w szarej rzeczywistości biedy i ubóstwa można odnaleźć coś pięknego. Zdjęcia pełne nostalgii, dziecięcej niewinności i delikatności nieskażonej przemysłem wiejskiej przyrody wręcz zapierają dech w piersiach. Pokazane przy pomocy pięknych kadrów przemijanie pór roku dodatkowo wzmacnia wydźwięk głównych motywów filmu – straty i ulotności. W końcu nic na tym świecie nie trwa wiecznie – czas biegnie, a ludzie, na dłużej lub krócej, odchodzą z naszego życia. Na dobrą sprawę każdy żyjący człowiek będzie musiał kiedyś powiedzieć komuś „żegnaj”, czy mu się to podoba, czy nie. Nie można zatrzymać na zawsze tego, co oddycha, ale tym, co zostaje z nami na zawsze, są wspomnienia i cenne lekcje, które dana osoba wniosła do naszego życia.

Tekst: Eliza Hajdenrajch

„Wszystko dla mojej matki”

Debiut fabularny polskiej dokumentalistki Małgorzaty Imielskiej. Film wstrząsający. Film, którego nie da się zrecenzować obiektywnie i na chłodno. Wreszcie – film wyjątkowo ważny.

Powiedzieć, że życie Oli jest trudne, to eufemizm. Choć jest uzdolnioną biegaczką, musi rozwijać swój talent w zakładzie poprawczym pod okiem nieco egoistycznego trenera i jego żony psycholożki. Ów poprawczak jest miejscem wyjątkowo mrocznym, gdzie trafiają zarówno dziewczyny skazane za ucieczkę z sierocińca, jak i te winne morderstwa; gdzie tajemnicą poliszynela jest symbiotyczny układ woźnego o pedofilskich zapędach i więźniarek; gdzie personel dawno już stracił wiarę w resocjalizację. Jedyną motywacją Oli jest nadzieja na znalezienie matki, która zniknęła dawno temu i pozostawiła po sobie jedynie filmy na starej kamerze – największy skarb dziewczyny.

 

Choć początkowo zauważamy wiele niedociągnięć – głównie słabo zagranych dialogów – szybko okazuje się, że pojedyncze aspekty nie mają tu żadnego znaczenia, bowiem o wartości filmu decyduje doskonale opowiedziana, potężna fabuła, która wstrząśnie i zszokuje nawet najodporniejszych widzów. Nie jest to historia przyjemna w odbiorze. Przeciwnie – to synteza wszystkiego, co w społeczeństwie najgorsze, co obrzydliwe. Przypomina o tej stronie Polski, o której wolelibyśmy zapomnieć, którą wolelibyśmy ukryć. Przypomina o tym, że wobec tych najsłabszych jesteśmy najbardziej nieczuli. O tym, że nie każdy ma choćby tyle szczęścia, żeby mieć rodziców. W połączeniu z naturalistycznym stylem, zdjęciami przypominającymi niekiedy dokument, doskonale z nimi harmonizującą brudno-szarą, zimną kolorystyką, Imielska maluje przerażająco wiarygodny obraz życia polskiego marginesu społecznego, który odciska trwałe piętno na widzu. Nietrudno tu skojarzenie z „Głupim, młodym sercem” fińskiej reżyserki Selmy Vilhunen, który również porusza temat problemów młodzieży z nizin społecznych – polski film robi to jednak dużo brutalniej i pesymistyczniej.

Naprawdę trudno ten film ocenić, ponieważ nie można rozpatrywać jego aspektów pojedynczo. Oglądając go, nie sposób skupić się na przykład na niedomagających dialogach, ponieważ film – w całości – wywołuje zbyt silne emocje. Dopiero po obejrzeniu i chwili oddechu można spojrzeć na „Wszystko dla mojej matki” od strony formalnej, a nie jako na przerażająco wiarygodną historię, która mogłaby wydarzyć się naprawdę. Właśnie ta wiarygodność czyni z filmu Małgorzaty Imielskiej pozycję obowiązkową, zwłaszcza dla polskiego widza.

Tekst: Igor Pietruszka

„Drogi”

Gyllen (Fionn Whitehead) i William (Stéphane Bak) spotykają się przypadkiem w Maroku. William jest z Konga, nielegalnie przekroczył granicę, by odnaleźć swojego brata. Gyllen jest z Wielkiej Brytanii, do Maroka przyjechał z mamą, młodszą siostrą i ojczymem. Wakacje jednak do najprzyjemniejszych dla nastolatka nie należą, więc postanawia „pożyczyć” od ojczyma jego kamper i pojechać nim przez Hiszpanię do swojego ojca do Francji. A to świetnie się składa, bo William może ruszyć z nim w drogę. Mimo młodego wieku i braku prawa jazdy.

 

Filmy drogi jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Wraz z ciekawą, zmieniającą się wciąż fabułą coraz lepiej poznajemy bohaterów i ich historię, widzimy, jak ewoluują relacje między nimi.

Młodzi bohaterowie są niesamowicie przekonujący w swojej grze aktorskiej. Jest w nich coś tak autentycznego, ciepłego, coś, co chwyta za serce po pierwszych minutach oglądania. Relacja, która się między nimi wytwarza – wręcz braterska więź – też jest niewymuszona i naturalna, jak mało która między bohaterami w jakimkolwiek filmie.

Podczas seansu zapomniałam, że to, na czym siedzę, to nie tylne siedzenie kampera, tylko fotel na sali kinowej.

„Drogi” w reżyserii Sebastiana Schippera pokazują ważny i bardzo aktualny temat migrantów, radzenia sobie ze stratą, odnajdywania prawdziwej przyjaźni. Sprawi, że raz oczy zaszklą wam się przed ekranem, a raz na twarzy wykwitnie szeroki uśmiech. Film można obejrzeć w niedzielę o godz. 18 w Multikinie 51. A naprawdę warto, obiecuję – „zrobi wam frajdę”.

Tekst: Marta Sarbak

Pamiętaj mnie, czyli „Cały świat Romy”

Program festiwalu Ale Kino! jest jak pudełko pełne czekoladek – niby nie wiesz, na co trafisz, ale zawsze wiesz, że będzie smacznie, bo to przecież czekolada. Dlatego też nie mam w zwyczaju dokładnego studiowania tego, na co się wybieram. Zawsze wchodzę do sali z otwartą głową bez żadnych uprzedzeń, wytycznych i konkretnych nadziei. Nieco inaczej było w przypadku obrazu Mischy Kamp.

O tej holendersko-niemieckiej produkcji słyszałam jeszcze na długo przed rozpoczęciem tegorocznej edycji – była wszędzie, niemal dosłownie. Widziałam ten tytuł na stronie internetowej, na Facebooku, na konferencji prasowej – był przedstawiany jako czarny koń, który zgarnął multum nagród po drodze, zanim jeszcze trafi do Poznania. Dlatego też moje oczekiwania były dosyć spore i postanowiłam zweryfikować, czy „Cały świat Romy” im sprosta.

 

Film opowiada o dziesięcioletniej Romy, którą sytuacja rodzinna doprowadziła pod drzwi salonu fryzjerskiego należącego do jej babci – jej rodzice są po rozwodzie, tata ma nową rodzinę, a mama musi pracować na kilka zmian, żeby utrzymać siebie i córkę. Mogłoby się wydawać, że spędzanie popołudnia z babcią to przecież nic strasznego, co więcej, kojarzy się z samymi dobrymi rzeczami, jak podwójne porcje sernika i urocze pogaduszki. Jednak nie dla tej dziesięciolatki. Jej nastawienie do starszej kobiety jest początkowo bardzo negatywne. Jasnooka blondyneczka wzbrania się rękami i nogami przed słuchaniem poleceń mamy i czeka na jej powrót w progach babci. Babci, która też nie jest szczególnie uradowana takim biegiem zdarzeń i koniecznością brania odpowiedzialności za wnuczkę. Postawy ich obu zmieniają się, kiedy odkrywają, że nie taki diabeł straszny, jak go malują – elegancka i wyniosła babcia wcale nie jest taka bezduszna, a Romy niesforna i niewychowana. Co więcej, z czasem role się odwracają i okazuje się, że na dobrą sprawę to starsza kobieta bardziej potrzebuje opieki i pomocy dziesięciolatki.

Niestety tym, co psuło mi odbiór i wybijało mnie z rytmu, był nasz rodzimy dubbing. O ironio! Zaledwie kilka seansów temu chwaliłam polską wersję językową filmu „Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię”. Niestety tu już nie było tak kolorowo i moje serduszko bolał brak spójności między tym, co widzę, a tym, co słyszę. Oczywiście człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do różnych ekstremalnych warunków, więc dla tej historii jakoś to przebolałam.

Film 'Cały świat Romy' na Festiwalu Ale Kino! w PoznaniuFilm 'Cały świat Romy' na Festiwalu Ale Kino! w Poznaniu Materiały prasowe

Pod względem podejmowanej tematyki film naprawdę pozytywnie zaskakuje, chociaż w pierwszej połowie może się zdawać, że to nic specjalnego – ot, film familijny. Jednak w drugiej części filmu wypływa najważniejszy jego motyw, czyli choroba Alzheimera. To temat niezwykle rzadko podejmowany przez scenarzystów (jestem w stanie wymienić tylko jeden inny tytuł, który go porusza), nie mówiąc już o kinie dla dzieci, gdzie jest szczególnie ważny i potrzebny. „Cały świat Romy” nie tylko buduje podstawę dla międzypokoleniowego dialogu, ale także pozwala najmłodszym zrozumieć pewne rzeczy i zjawiska, bo nie ukrywajmy, że jest to film w dużej mierze do nich skierowany (choć nie tylko). Dlatego bardzo cenię sposób przedstawienia tej opowieści. Problem nieuleczalnej choroby nie został podany dzieciom brutalnie i „na surowo”, ale z dużą dozą ciepła, humoru i elementami rodem z dobrego kina drogi. Oczywiście całość nie wypadłaby tak dobrze, gdyby nie świetna Beppie Melissen w roli dotkniętej przypadłością babci Stine. Holenderska aktorka znakomicie poradziła sobie z dwuwymiarowością tej postaci – jest wiarygodna zarówno jako dystyngowana dama, jak i bezbronna staruszka, która tęskni za domem.

Podobno człowiek żyje tak długo, jak inni o nim pamiętają, ale co jeśli nie pamięta on już sam siebie? Cóż, babcia Stine nie musi się niczym martwić, bo myślę, że w mojej głowie pozostanie jeszcze na trochę.

Tekst: Eliza Hajdenrajch

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.