Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Marta Kaźmierska: Kiedy tam pojechałeś?

Jędrzej Nowicki: W sierpniu 2020 r. To był pierwszy miesiąc po wyborach prezydenckich, czas największej eskalacji protestów. Pracowałem z całym szeregiem różnych dziennikarzy – z Piotrkiem Andrusieczką, w Wiktorią Bieliaszyn, z Maćkiem Piaseckim. Wszyscy sobie pomagaliśmy.

Czekaliśmy przed Okrestiną, budynkiem aresztu w Mińsku, gdzie przetrzymywano ludzi zatrzymanych podczas protestów. Wychodzili stamtąd pobici, więc przed budynkiem wolontariusze założyli punkt medyczny, który udzielał im pierwszej pomocy.

Część z historii, które tam usłyszeliśmy, udało nam się spisać. Ale wiele z tych portretów, z uwagi na to, że musieliśmy pracować trochę w ukryciu, to anonimowe historie.

Tak było dla nich bezpieczniej?

– Te osoby, które spotykaliśmy, przeszły już przez aparat represji. To są dorośli ludzie, znani reżimowi, nie mieliśmy poczucia, że możemy kogoś wydać. Te historie częściowo będą opisane na wystawie i w książce, która, mam nadzieję, w czwartek razem z wystawą się ukaże. Składa się ze zdjęć z sierpnia 2020 r. i z drugiej części, opowiadającej o uciekinierkach z Białorusi. To są portrety i wywiady z kobietami, które pisała Nina Boichenko. Opowiadają o represjach, których te kobiety doznały, i o tym, jak im się żyje teraz w Polsce.

Wśród zdjęć, które zrobiłeś, są też kadry z pogrzebu...

– Byłem na trzech. M.in. na pogrzebie Nikity Kriwcowa w Mołodecznie, 90 kilometrów pod Mińskiem. Powieszone ciało Nikity Kriwcowa zostało znalezione w lesie na obrzeżach Mińska. Oficjalna wersja jest taka, że popełnił samobójstwo. Był poszukiwany przez 10 dni po tym, jak widziano go na protestach ostatni raz. Opinia publiczna i rodzina nie mają wątpliwości, że został zamordowany podczas zatrzymania.

Kobieta w ciąży nad grobem na jednym ze zdjęć to żona Nikity Kriwcowa?

– Nie, to kobieta, która po prostu przyszła na pogrzeb. Jego żona jest na innym zdjęciu. O tu, obok jego matki i siostry matki. A to jego babcia.

I tłum w tle.

– Wszystkie pogrzeby, na których byłem, tak wyglądały. Było mnóstwo osób, symbole wolnej Białorusi. One przeradzały się w manifestacje wolnościowe. To było takie wydarzenie formujące dla protestów.

Nie bałeś się, jadąc tam?

– Myślę, że te wydarzenia były głęboką traumą dla bohaterek i bohaterów tych zdjęć i całego społeczeństwa białoruskiego. My jako dziennikarze i fotografowie wykonywaliśmy po prostu swoją pracę. Każdy w nią wchodził ze świadomością, z jakim tematem się mierzy.

Nie miałem poczucia, że to jest miejsce tak groźne, jak np. linie frontów wojennych. W relacjonowaniu takich wydarzeń nie chodzi zresztą o to, czy ktoś się boi czy nie, ale czy jest w stanie na tyle te emocje opanować, żeby nie przejęły one kontroli nad racjonalnym myśleniem. Wydaje mi się, że każdy człowiek postawiony w sytuacji otwartej przemocy się boi. Ale chodzi o to, żeby nie dać się tym emocjom zastraszyć.

Co opowiadali wam ludzie wychodzący z więzienia?

– Część z nich płakała. Przed murami aresztu unosił się nieustanny szloch, bo tam na swoich bliskich czekały całe rodziny. Areszt Okrestina w Mińsku to był wtedy największy taki ośrodek na Białorusi. Ale taktyka Łukaszenki była taka, żeby ludzi rozwozić do aresztów oddalonych od miejsc, gdzie zostali zatrzymani. Ludzie z Grodna trafiali do Mińska i na odwrót. Chodziło o to, żeby jak najbardziej utrudnić im kontakt z rodzinami, a później powrót do domu. Żeby rozbić ten wolnościowy ruch.

Te wyjścia to były zawsze przejmujące sceny, rozpacz tych rodzin, emocje. Wielu więźniów wychodziło z aresztu w stanie zupełnego rozbicia. Niektórzy ledwo chodzili, musieli być niesieni przez osoby, które czekały przed budynkiem, bo byli tak mocno pobici. Przemoc, która tam miała miejsce, dotyczyła głównie mężczyzn. Kobiety też były traktowane okrutnie, ale przemoc fizyczna – na początku protestów – ich nie dotyczyła. Potem to się zaczęło zmieniać, kiedy prawie wszyscy protestujący mężczyźni byli już w aresztach, a protesty nadal trwały. Ale nas już wtedy w Białorusi nie było – jako że nie mieliśmy akredytacji dziennikarskiej, a byliśmy tam jako turyści, nie mogliśmy zostać dłużej niż 30 dni. Musieliśmy wyjechać do Polski, a próby powrotu do Mińska spełzły na niczym. Granice zostały zamknięte dla dziennikarzy od końca sierpnia 2020 r. i pozostają zamknięte do teraz.

Masz jakiś kontakt z ludźmi, których poznałeś?

– Z częścią tak. Na pewno są to ludzie głęboko zastraszeni i ten reżim zostawił w nich tak głębokie ślady, że część z nich nie mieszka już w Białorusi.

Kto jest na zdjęciu, które otwiera wystawę i książkę? Widać tylko podsinione oko.

– To jest Aleksander, którego spotkaliśmy właśnie pod Okrestiną, tuż po wyjściu. Była mu udzielana pierwsza pomoc. Wtedy z nim porozmawialiśmy. Był studentem, nie brał w ogóle udziału w protestach. Został złapany, gdy jechał do mieszkania przyjaciela. Co było częstym przypadkiem – wiele z tych osób nie brało czynnego udziału w protestach, a i tak reżim ich dopadł. To typowy mechanizm takiej skali zastraszenia, żeby bało się całe społeczeństwo.

Wszyscy, których spotkaliśmy, byli tam przetrzymywani od trzech do pięciu dni. Przy czym to były całodobowe tortury. Tam nie było momentu odpoczynku, stosowano deprywację senną, pobicia, ścieżki zdrowia, czyli pałowanie przechodzących więźniów, wielogodzinne klęczenie. Te wszystkie historie były w gruncie rzeczy podobne – malutkie cele zaprojektowane dla sześciu osób, w których przetrzymywano sześćdziesiąt osób, upchanych, bez żadnej przestrzeni do spania, wyganianych na spacerniak, bitych, obrzucanych wyzwiskami.

- Wszyscy, których spotkaliśmy, byli tam przetrzymywani od trzech do pięciu dni. Przy czym to były całodobowe tortury - opowiada fotograf.- Wszyscy, których spotkaliśmy, byli tam przetrzymywani od trzech do pięciu dni. Przy czym to były całodobowe tortury - opowiada fotograf. fot. Jędrzej Nowicki

Daria, dziewczyna, którą spotkaliśmy z Wiktorią Bieliaszyn miesiąc po tym, jak wyszła w aresztu, na moim zdjęciu ma różową kurtkę, którą miała też w noc zatrzymania. Przez to przez strażników była nazywana „różyczką". Opowiadała o gwałtach na mężczyznach pałkami milicyjnymi. To były zawsze wstrząsające relacje, bo skala tej przemocy była gigantyczna, niespotykana wcześniej w historii Białorusi.

Na zdjęciach są też wojskowi. Mieli być tylko tłem?

– Oni są częścią tej historii. Opowiadając o tym, co tam się działo, myślałem też o tych młodych żołnierzach. Poszli do wojska z pełną świadomością tego, że to jest wojsko reżimu, ale pamiętajmy, że oni urodzili się w państwie Łukaszenki, nie znają innej rzeczywistości. Zastanawiałem się, co się dzieje w głowach takich 18-letnich chłopaków, którzy nagle muszą wystąpić przeciw swoim rówieśnikom. Stanąć naprzeciwko nich z karabinami.

Bardzo nie chciałbym, żeby te zdjęcia były odczytywane jako jakaś polityczna deklaracja. Choć one opowiadają o świecie sterowanym przez politykę, starałem się, żeby to była opowieść o naturze człowieka. O jego potrzebie wolności.

I w tym sensie myślałem też o tych żołnierzach. O ludzkich emocjach, które musieli w sobie nosić. O tym, jak trudne to musi być dla umysłu tak młodych ludzi. Po obu stronach. Nie mam wątpliwości, kto w tym konflikcie jest dobrą, a kto złą stroną. Ale ci żołnierze też są uwikłani w to zło przez okrutnego człowieka.

Ten mechanizm, który stosuje Łukaszenka i inni dyktatorzy na świecie, możemy zaobserwować teraz na granicy polsko-białoruskiej. To brudna gra wykorzystywania do manipulacji trudnej sytuacji drugiego człowieka.

* Rocznik 1995, przez lata fotoreporter „Gazety Wyborczej", także redakcji w Poznaniu. Dziś mieszka w Warszawie, prowadzi własne projekty. W swoich pracach skupia się na problemach wykluczenia społecznego, praw człowieka, solidarności i niesprawiedliwości społecznej, a także na problemach ochrony środowiska.

** Wystawa „Blizny" to zapis największego w historii współczesnej Białorusi wolnościowego zrywu. Masowe protesty rozpoczęły się w sierpniu 2020 roku i pozostawiły głębokie ślady w białoruskim społeczeństwie.

Prezydent Aleksandr Łukaszenka, stojący na czele państwa od 27 lat, i aparat jego władzy, brutalnie tłumili białoruski opór. W nocy z 9 na 10 sierpnia 2020 roku doszło do gwałtownych protestów przeciwko reżimowi. Wtedy też ogłoszono wstępne wyniki wyborów, według których Łukaszenka miał wygrać je ogromną większością głosów.

Wystawa "Blizny" jest zwieńczeniem konkursu Talent Roku 2021, organizowanego przez miejsce dla fotografii Pix.house przy ul. Głogowskiej 35. Wernisaż – w czwartek, 16 grudnia o godz. 17. Ze względu na sytuację pandemiczną oficjalne otwarcie wystawy będzie przeprowadzone online. W dzień otwarcia ekspozycję można zobaczyć w małych grupach od godz. 17 do 20. Wystawa potrwa do 28 lutego.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.