Już rok Białorusini prowadzą pokojową walkę o swoje prawa i wolność. Łukaszenka nadal rządzi, a wobec obywateli stosuje coraz silniejsze represje. - Ostatnie dwanaście miesięcy zmieniło niemal wszystko - mówią Białorusinki, które mieszkają teraz w Polsce.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

9 sierpnia 2020 r. mija rok od czasu sfałszowania przez reżim Aleksandra Łukaszenki wyborów prezydenckich. W kraju wybuchła rewolucja. Przez kilka miesięcy, niemal każdego dnia tysiące Białorusinów wychodziło na ulice miast w całym kraju. Natalia, Marta i Marina, zmuszone przez reżim do emigracji, znalazły dom w Polsce. Wierzą, że kiedyś wrócą do wolnej Białorusi.

Dzień, który zmienił Białoruś

Marta (imię zmienione) mieszka w Polsce od siedmiu lat. Ostatni raz rodzinne miasteczko na Białorusi odwiedziła rok temu. To wtedy pierwszy raz w swoim 23-letnim życiu zapragnęła wziąć udział w wyborach prezydenckich. W niedzielny poranek wraz z mamą poszła do lokalu wyborczego w pobliskiej szkole. Przy wejściu zobaczyła dwóch policjantów i tłum chętnych do głosowania. Stojąc w kolejce, spoglądała w oczy sąsiadom, nauczycielom i znajomym, próbując odgadnąć, na kogo oddadzą ważny głos. - Po raz pierwszy mieliśmy prawdziwych kandydatów na prezydenta, a nie wystawionych przez Łukaszenkę polityków, którzy tworzą jedynie pozory wolnych wyborów. Oddając formularz do głosowania, chciałam wykrzyczeć członkom komisji: „Liczcie nasze głosy sumiennie. Przecież dobrze się znamy, nie kłamcie!". Cały naród uwierzył, że może coś zmienić. Nawet moja mama, która do tej pory nie głosowała w żadnych wyborach - wspomina Marta.

Również dla Mariny (imię zmienione) sierpniowe wybory były prawdziwym świętem. Z tej okazji założyła nawet czerwoną sukienkę i białe buty.  - To był wyjątkowy dzień: ludzie byli radośni, mieli mnóstwo energii. Wcześniej wybory nie miały żadnego sensu. Rodzice głosowali od zawsze, ale w wyniki nie wierzyli nigdy - dodaje Marina. Skala powyborczej rewolucji była dla niej szokiem. - To bardzo zbliżyło białoruskie społeczeństwo. Teraz manifestacje ucichły, wszyscy widzą, co się dzieje. Ludzie dosłownie znikają na ulicy. Moją koleżankę zabrali na stacji benzynowej, gdy tankowała auto. W areszcie siedziała 15 dni. Zarzutów nigdy nie poznała - dodaje Marina.

Obserwując sierpniowe wybory i wielotysięczne protesty, Natalia (imię zmienione) po raz pierwszy poczuła się Białorusinką. - To rewolucja, która na zawsze zmieniła białoruskie społeczeństwo. Wytworzyła się między nami więź. Każdy Białorusin i Białorusinka stawał się przyjacielem. Pierwszy raz uwierzyłam, że w moim kraju znajdzie się miejsce dla każdego. I wciąż w to wierzę.

Białorusini uciekają

Od sierpniowych wyborów rozpoczęła się emigracja z Białorusi tych, którzy czują się zagrożeni przez reżim. Jak podaje Radio Swoboda, w Polsce o azyl ubiegało się już ponad tysiąc Białorusinów. Natalia wyjechała z kraju ponad dwa lata temu. W wieku 24 lat skończyła studia medyczne na Białorusi. Przez dwa lata miała pracować w wyznaczonym przez władze mieście. Państwo płaci za edukację, więc państwo decyduje. Postanowiła przerwać praktykę i po 6 miesiącach uciekła do Polski. - Zagrożono mi, że jeśli wyjadę i zechcę wrócić do Białorusi, to nie znajdę już pracy w zawodzie. Dzwonili nawet do moich rodziców. Najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz, kiedy cię zatrzymają. Nie mogłam dłużej żyć w takim systemie - opowiada Natalia. Razem z synkiem zamieszkała w Poznaniu. Od października zaczyna staż lekarski, później czeka ją egzamin zawodowy. Do białoruskiego domu wracać nie zamierza. - Tęsknię za rodziną, przyjaciółmi, ale już tam nie wrócę. Mama odwiedza nas raz na pół roku. Póki co musi nam to wystarczyć - dodaje Natalia.

Marina mieszka w Poznaniu od marca. Jako artystce białoruskie władze ograniczały jej, a wręcz uniemożliwiały malowanie. Większość galerii w kraju jest nieczynna, otwarte miejsca w Mińsku może policzyć na palcach jednej ręki. Cenzura dopadła nawet ekspresyjne obrazy Mariny. - W Nowy Rok zadzwonili do mnie z państwowej galerii i „poprosili" o usunięcie kilku dzieł ze strony internetowej i mediów społecznościowych. Prace upamiętniały protesty po sierpniowych wyborach prezydenckich. To było „pierwsze ostrzeżenie" - tłumaczy Marina. Od tego czasu unika tematów politycznych. Zwłaszcza że planuje co kilka miesięcy odwiedzać siostry i rodziców. - Wciąż pamiętam uczucie z dnia wyborów. Tylko w domu mogę dać wyraz swojej solidarności, dlatego muszę wracać - pomimo konsekwencji - dodaje Marina.

Dekady milczenia

Marta zryw wolności poczuła już kilka miesięcy wcześniej podczas pokojowych protestów, na spotkaniach z opozycyjną kandydatką Swiatłaną Cichanouską oraz na ulicach Mińska. Widok ludzi ubranych w biało-czerwono-białe stroje i flagi przyprawiał o szybsze bicie serca. O sfałszowanych wynikach wyborów dowiedziała się, będąc w Polsce. - Oglądałam transmisje w internecie i płakałam. Wiedziałam, że świat to nie bajka, ale wierzyłam, że ktoś nas wreszcie wysłucha. Byłam wściekła, podobnie jak tysiące Białorusinów na ulicach miast w całym kraju. Z czasem pojawiały się wiadomości o zatrzymaniach, aresztach i brutalnych pobiciach. Ludzie byli wsadzani do więzień i zabijani. Nie mogłam tak dłużej siedzieć, musiałam coś zrobić - opowiada Marta.

Do Mińska wróciła 25 marca 2021 r. Tego dnia w stolicy Białorusi doszło do masowych zatrzymań obywateli obchodzących nieoficjalne święto niepodległości. Dzień Wolności nie jest uznawany przez białoruskie władze. Marta była jedną spośród ponad dwustu zatrzymanych. - Narzuciłam na ramiona biało-czerwono-białą flagę i poszłam na spacer główną ulicą Mińska. Nie zdążyłam przejść trzech minut, gdy zostałam gwałtownie zatrzymana przez pięciu funkcjonariuszy - opowiada Marta. Za krótki spacer zapłaciła miesięcznym aresztem. - Wierzę, że nadejdzie dzień, w którym przestaniemy żyć w strachu, a każdy Białorusin i Białorusinka będzie mógł wrócić do wolnego, bezpiecznego i demokratycznego domu - mówi.

Według Centrum Ochrony Praw Człowieka „Wiasna" w białoruskich więzieniach przebywa obecnie 610 więźniów politycznych (stan na 9 sierpnia).

W geście solidarności z Białorusią na placu Wolności w Poznaniu 9 sierpnia od godz. 19 odbywała się manifestacja upamiętniająca zeszłoroczne wybory prezydenckie. Z kolei poznański Barak Kultury zorganizował wernisaż wystawy: „9 sierpnia: Dzień, który zmienił Białoruś". Podczas wydarzenia można obejrzeć m.in. zdjęcia fotoreporterów z niezależnych białoruskich redakcji, na których udokumentowano sceny z dnia wyborów oraz represje wobec obywateli. Wystawę można oglądać do 20 sierpnia w siedzibie fundacji przy Alejach Marcinkowskiego 21 w Poznaniu.

Marta, Natalia i Marina ze względu na bezpieczeństwo swoje i bliskich nie chciały występować pod nazwiskiem ani na zdjęciach.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Bez urazy ale w poważaniu mam Białoruś i co tam się dzieje kiedy w Polsce zaprzańcy z PiS kradną, niszczą i rozwalają instytucje państwa oraz samorządy, realizując plan Putina. Niestety nas UE od 6 lat też ma w poważaniu i jeżeli sami nie zrobimy z PiSiorami porządku to zaraz też będziemy mieli tu Łukaszenkę. Tak samo nikt za Białorusinów Łukaszenki nie obali.
już oceniałe(a)ś
2
0