Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tomasz Cylka: Czujesz się „sługusem Łukaszenki", a może „pożytecznym idiotą", jak mówią o tobie politycy PiS?

Franek Sterczewski, poseł KO: Bawią mnie takie epitety, ale wszystkim moim krytykom i oponentom powiem, że ta ośmiodniowa obecność na wschodniej granicy diametralnie zmieniła moje życie. Bo to było doświadczenie głęboko wstrząsające. Pojechałem tam na jeden dzień, ale zostałem tydzień, ponieważ nie można być obojętnym na ludzkie cierpienie. Na miejscu okazało się, że jako poseł jestem bardzo potrzebny. Pilne były interwencje poselskie w placówkach Straży Granicznej, istotne okazało się monitorowanie, czy Straż Graniczna przestrzega prawa. Niestety, często nadużywała swoich uprawnień.

Moja służba polegała tam też na tym, by nagłaśniać patologie naszego państwa. Przyznaję to ze smutkiem.

Co bardziej tobą wstrząsnęło?

- Z jednej strony była to potworna bezsilność, bo nie mogliśmy realnie pomóc zamkniętym na małej przestrzeni 32 Afgankom i Afgańczykom, którzy wołają o wsparcie od ponad trzech tygodni. Podejmowaliśmy w tym czasie rozmaite próby dostarczenia im picia, jedzenia czy leków, ale napotykaliśmy na bezwzględnych strażników. Takie bicie głową w mur powoduje ogromne poczucie bezsilności. Ale z drugiej strony spotkałem tam wielu niesamowitych ludzi z Fundacji Ocalenie, Stowarzyszenia Interwencji Prawnych, inicjatywy Chlebem i Solą oraz wielu wolontariuszy i wolontariuszek wspierających ich działania. To, że udało się zorganizować obóz, mimo zakłóceń ze strony służb utrzymać kontakt z zamkniętymi uchodźcami i nagłośnić te wydarzenia, daje poczucie sprawczości. Pokazuje, że takie działania mają sens i dają wiatr w skrzydła.

Kto jest gorszy: Łukaszenka czy rząd PiS? 

PiS-owskie media przy każdej okazji podkreślają, że to są ludzie przysyłani przez Aleksandra Łukaszenkę, i aktywiści dają się wciągnąć w jego gry.

- Ale ja nie będę zaprzeczał podstawowym faktom. Wielu ludzi, których spotkaliśmy w Usnarzu czy w innych miejscach na granicy, mówiło otwarcie, że udało im się dotrzeć na Białoruś dzięki wizie turystycznej, którą kupili gdzieś w Afganistanie. Są różne organizacje działające pod egidą Łukaszenki, które tych ludzi sprowadzają do Europy. Niektórzy płacili 200 dolarów, inni po 6 czy 8 tysięcy dolarów, by się tu dostać. Ale to nie zmienia faktu, że prawdziwą przyczyną ucieczki tych ludzi z Afganistanu i innych państw jest głód oraz wojna. I z tym nie ma co dyskutować. Oni uciekają, bo życie w ich ojczyźnie jest zagrożone.

Geopolityka to jedno, zdaję sobie sprawę, że Łukaszenka cynicznie wykorzystuje tę sytuację. Ale to nie może oznaczać, że mamy odmawiać tym ludziom człowieczeństwa. Zastanawiam się, kto jest gorszy w tej sytuacji? Reżim Łukaszenki, który instrumentalnie wykorzystuje tych ludzi, czy nasz rząd, odmawiający im podstawowych praw.

Dlaczego rząd PiS tak się zachowuje?

- Nie mogę tego zrozumieć. Nic by się nie stało, gdyby tym 32 osobom dać coś wypić i zjeść, gdy tego potrzebują, opatrzeć, dopuścić podstawową opiekę medyczną. Nie trzeba przekraczać granicy, by podać im szklankę wody czy kawałek chleba. Ale to jest kontynuacja antyuchodźczej propagandy PiS, którą obserwujemy od 2015 r. To upór Kaczyńskiego, który zabrnął w kozi róg i nie ma pomysłu na rozwiązanie tej sytuacji. Pozostaje mu tylko agresja. A przecież odmowa pomocy ludziom to przestępstwo z art. 162 Kodeksu karnego. Kaczyński boi się też reakcji swojego elektoratu, dla którego wyciągnięcie pomocnej dłoni byłoby okazaniem słabości. PiS próbuje więc złączyć temat uchodźców z niechęcią Polek i Polaków do Rosji i obaw co do ingerencji Putina w Europę Środkową.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Te obawy nie są trochę uzasadnione?

- Oczywiście, musimy zdawać sobie sprawę z mechanizmów politycznych, ale to nie może oznaczać, że Kaczyński zachowuje się jak Putin czy Łukaszenka. PiS powinien pokazać, że jest mądrzejszy niż ci dyktatorzy. Bo jesteśmy w stanie pomóc i legalnie rozpatrzeć wnioski tych ludzi np. o międzynarodową ochronę. Nie chodzi o to, żeby ich wszystkich automatycznie przyjąć. Jeśli doszło do nielegalnego przekroczenia granicy, które jest przestępstwem, to powinni być normalnie osądzeni. Ale nie może być tak, że ci ludzie są wielokrotnie wywożeni do lasu i zostawiani na mrozie i deszczu. Nam zależy, by ci ludzie zostali potraktowani zgodnie z prawem i międzynarodowymi konwencjami. Służby powinny więc zbadać, kto ma szansę na status uchodźcy, a kto powinien być odesłany. Nie może być tak, że ktoś jest karany bez sądu, bo to przypomina czasy stalinowskie.  

Drugi raz zrobiłbym to samo

Były jednak dni, kiedy zamiast o uchodźcach częściej mówiono o twojej ucieczce przed strażnikami. Próbowałeś przedostać się przez kordon straży z torbą jedzenia i leków dla uchodźców, skończyło się na gonitwie. Po kilku dniach nie żałujesz tej szarży, którą skrytykowało nawet wielu polityków opozycji? 

- Dzisiaj zrobiłbym to samo. Mało tego - to samo zrobiłaby każda osoba, która ma serce i naprawdę chce pomóc drugiemu człowiekowi. Wiem, że filmiki i zdjęcia wzbudzały różne humorystyczne komentarze, ale dzięki temu o Usnarzu usłyszał cały świat. Opowiadałem o tej sytuacji wielu zagranicznym mediom, więc to pokazuje, że czasem niestandardowe działania mogą się opłacać.

Zaplanowałeś tę akcję?

- Nie spodziewałem się, że tak to się wszystko potoczy. Dzień przed tą pogonią strażnicy dopuścili mnie do obozu. Mogłem dojść na wysokość radiowozów i spojrzeć tym ludziom w oczy, widzieć ich strach. Następnego dnia stwierdziłem, że pójdę z siatką – jedzeniem, lekami i kocami termicznymi. Wtedy jednak strażnicy już mi zabronili. Prosiłem ich o wylegitymowanie się, ale odmawiali. A przecież jako poseł mam prawo podejść do granicy polskiej, by np. sprawdzić, jak działają polskie służby. Okazało się, że jednego dnia strażnicy szanują to prawo, a drugiego – już nie. A przecież nie może być tak, że prawo jest stosowane według własnego widzimisię. Dlatego stwierdziłem, że będę kontynuował swoje czynności. Wtedy strażnicy zaczęli mnie blokować, to ja szedłem szybciej, a oni dalej mnie tarasowali. Zacząłem biec, więc rozpoczęła się pogoń. Nie wiedziałem, że dojdzie do takiej gonitwy, to wyszło spontanicznie.

Fot. Archiwum prywatne

Po wielu rozmowach, a raczej po ciągłym i upartym nieodpowiadaniu na moje pytania, czułem się pod ścianą. Ale to była ich taktyka. Słyszeliśmy nawet przez walkie talkie, jak ktoś z góry przekazywał strażnikom rozkaz: „Pamiętajcie o metodzie zdartej płyty". Zatem na żadne postawione pytanie nie udzielali odpowiedzi, tylko odsyłali do rzecznika prasowego.

Po ponad półgodzinie takiej jałowej wymiany zdań, widząc bezsilność wszystkich wolontariuszy wokół mnie, stwierdziłem, że to nie może się tak skończyć. Wiedziałem, że muszę podjąć próbę dotarcia do grupy uchodźców, bo jedyne, co strażnicy mogą zrobić, to spróbować mnie złapać, ale nie mogą naruszyć nietykalności cielesnej. To absurd, że zamiast pozwolić posłowi przejść i udzielić pomocy, to doszło do tej pogoni, swoistego rugby.

Trzy razy im się wymykałem, a wszystko trwało prawie cztery godziny. W pewnym momencie wokół mnie było już 20 żołnierzy z naładowanymi karabinami maszynowymi i wtedy uznałem, że misję trzeba zakończyć. Ale wiem, że strażnicy nie przestrzegali mojego prawa – posła do kontroli. Konsultuję z prawnikami, jakie skargi złożyć.

Potrzeba silnego głosu opozycji i Kościoła

Masz żal do opozycji, że was tam nie wspiera? Donald Tusk wypowiada się o Usnarzu z dużym dystansem.

- Powinniśmy wyciągnąć wnioski z 2015 i 2019., gdy np. Kaczyński w czasie kampanii wyborczej straszył uchodźcami. Mówił o „pasożytach czy pierwotniakach", językiem prosto z goebbelsowskiej propagandy. Wtedy ta retoryka nie spotkała się z silną odpowiedzią obozu demokratycznego. W efekcie wiele osób zaczęło wierzyć w tę narrację. Wcześniej większość była neutralna wobec uchodźców, dopiero wtedy zaczęło się szerzenie nienawiści, a nastroje się zradykalizowały. Nie możemy popełniać tych samych błędów.

Dzisiaj opozycja musi mieć silny głos i przeciwstawiać się tej antyludzkiej retoryce PiS i łamaniu prawa. Jestem mocno zdziwiony, że niektórzy tak chętnie mówią, że PiS to zło, ale gdy naprawdę PiS to zło czyni - odmawiając pomocy i bezprawnie wywożąc ludzi do lasu albo zniewalając innych w obozie w Usnarzu - to nie mogę zrozumieć tego milczenia. Strach przed tym tematem ze strony wielu polityków mnie przeraża. Gdzie są ci politycy, którzy udostępniali słowa Mariana Turskiego, że „Auschwitz nie spadło z nieba i nie wolno być obojętnym"? Wielu z nich milczy na temat Usnarza.

Opozycja zajęta była chyba Campusem Polska Przyszłości, który odbył się z inicjatywy Rafała Trzaskowskiego…

- Ja to rozumiem, sam chciałem na nim być. Ale to nie może wykluczać zabrania głosu w sprawie łamania podstawowych praw człowieka na naszej granicy.

Mam jednak takie wrażenie, że Campus Polska Przyszłości to teoria, a Usnarz to praktyka – społeczna, polityczna i prawna. To prawdziwa szkoła życia. Gdyby choćby kilku posłów po Campusie przyjechało do Usnarza, to bardzo by pomogło.

Kościół też nieśmiało zabiera w tej sprawie głos. Jesteś rozczarowany czy po polskich hierarchach niczego dobrego się już nie spodziewasz?

- Cieszę się, że nieśmiało Kościół zabrał głos. Wydźwięk, że trzeba tych ludzi objąć opieką - głodnych nakarmić, spragnionych napoić – był ważny. Przyjechał ks. Wojciech Lemański…

To ważne, ale sam wiesz, że ks. Lemański to w Kościele pozytywny solista, ale tu trzeba głosu hierarchów.

- Faktycznie przydałoby się ośmielić Kościół do mocniejszego głosu. Gdyby Episkopat zechciał być mediatorem w tej sprawie, można by było znaleźć wyjście. Bo Kościół jest autorytetem dla Kaczyńskiego i rząd wyszedłby z twarzą. Znalazłoby się uzasadnienie dla ich wyborców i można by pomóc ludziom.

Stan wyjątkowy. PiS chce ukryć monitoring bezprawnych zachowań?

Dlaczego PiS zdecydował się na wprowadzenie stanu wyjątkowego na granicy polsko-białoruskiej? Nie chce obywatelskiej kontroli?

- Po pierwsze - na całej granicy polsko-białoruskiej widzimy, że ludzie zatrzymani przez Straż Graniczną - mimo deklaracji i obietnic komendanta Andrzeja Jakubaszka - byli na drugi dzień wywożeni na granicę na wysokości Puszczy Białowieskiej, a więc tam, gdzie najłatwiej zginąć.

Wielu z tych ludzi w lasach odnajdywaliśmy. Strażnicy stosowali takie rozwiązanie dzięki rozporządzeniu wiceministra spraw wewnętrznych i administracji Macieja Wąsika. Ale to praktyka nielegalna, bo nie wolno rozporządzeniem łamać Konstytucji i Konwencji Genewskiej. Dlatego PiS, wprowadzając stan wyjątkowy, chce ukryć wszelkie próby monitorowania takich zachowań.

Po drugie – chodzi o sam Usnarz, który jest symbolem tego, co dzieje się na wschodniej granicy. Na początku Afgańczycy i Afganki zostali otoczeni przez funkcjonariuszy Straży Granicznej, potem dojechały samochody. Wtedy jeszcze można było im przerzucać jedzenie, koce, namioty, butelki z wodą, a tłumaczki z Fundacji Ocalenie mogły z nimi rozmawiać z bliska. Potem Straż Graniczna i policja zrobiły kolejny kordon - kilkadziesiąt metrów dalej. Wtedy zaczęliśmy rozmawiać z uchodźcami przez megafony oraz transparenty. Strażnicy zaczęli więc ich zasłaniać i włączali silniki, byśmy się nie słyszeli. To jest nie do wyobrażenia, jak brzmią ludzie, którzy są zamknięci od trzech tygodni na małej przestrzeni i krzyczą zdartymi gardłami, resztkami sił… Nie potrafię znaleźć słów, by to opisać. Tak brzmi skrajna desperacja.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Wiecie, kim oni są?

- Najczęstszym rozmówcą jest Mohammad - krawiec, który obiecuje, że jeśli przeżyją, to uszyje naszej tłumaczce płaszcz. Jest w tym gronie kowal, elektryk, tkacz dywanów… Ale nasze służby za wszelką cenę chcą zanonimizować tę grupę, pokazać, że to przypadkowi ludzie. Mówią, że to są Irańczycy, a udało nam się skontaktować z częścią rodzin, które mieszkają w Afganistanie. Mamy skany ich dowodów i paszportów. Przesłaliśmy je wiceministrowi Wąsikowi - bez efektu. Ci ludzie byli w Afganistanie podczas misji wojskowych naszymi sojusznikami, teraz nie potrafimy im pomóc. Poznajemy ich historię i ujawniamy ich twarze. Ale stan wyjątkowy to odsunięcie wolontariuszy 3 km dalej, bez dostępu mediów i aktywistów. Straż Graniczna będzie mogła przeprowadzić drut kolczasty i pozostawić tych ludzi samym sobie - między ORMO-wcami z Białorusi a polskim drutem, między młotem Łukaszenki a kowadłem Kaczyńskiego.

Trzeba uratować tych ludzi przed śmiercią

Masz jeszcze nadzieję, że tym ludziom uda się pomóc?

- Ta sytuacja trwa ponad trzy tygodnie, a powinna trwać trzy godziny. Tyle zajęłoby pozwolenie tym ludziom na podejście do przejścia granicznego, gdzie zgodnie z prawem mogliby złożyć wnioski - albo o azyl, albo o międzynarodową ochronę - i czekać na ich rozpatrzenie. To nie jest wina tych ludzi, że Łukaszenka wypuścił ich akurat w tym miejscu. To nie jest ich wina, że żołnierze białoruscy grożą im śmiercią, jeśli tylko będą chcieli wrócić. To nie jest ich wina, że polskie służby nie chcą im pomóc. Dlatego powinni być zweryfikowani i potraktowani zgodnie z prawem.

Ale jeśli do Fundacji Ocalenie nie dołączy Kościół albo silny głos opozycji czy niektórzy posłowie PiS, którym nie jest obojętny los człowieka w potrzebie, to może tam dojść do tragedii.

Zamiast więc komentować złośliwie moje biegi, może warto pomyśleć, jak rozwiązać ten kryzys humanitarny. To nie są sceny z filmu sensacyjnego, tylko rzeczywistość blisko nas.

Jak długo chcemy przymykać na to oczy? Nie ma usprawiedliwienia dla okrucieństwa wobec tych ludzi. 

Napisałem kilka interpelacji - m.in. o natychmiastową pomoc, o wdrożenie zarządzenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, by objąć ich ochroną. Podpisało się 61 posłanek i posłów z całej opozycji, ale uważam, że chęć pomocy tym ludziom powinna wszystkich zjednoczyć. Można dbać o bezpieczeństwo na granicach, by Polska i Europa były silne wobec przemytników i organizacji przestępczych. Ale musimy być empatyczni wobec osób, które szukają schronienia. Tymczasem nasz rząd nie potrafi im pomóc, Kaczyński boi się, że jak wyciągnie rękę, to mu korona z głowy spadnie. Staram się być dobrej myśli. Nie tracę nadziei, że tych ludzi uda się uratować przed śmiercią. Obrona granic nie może wykluczać szacunku dla praw człowieka. 

Wrócisz do Usnarza? 

- Gdy żegnałem się ze wszystkimi w Usnarzu, mówiliśmy sobie: "do szybkiego zobaczenia, ale oby nie tu". Niestety, sytuacja jest na tyle tragiczna i dynamiczna, że trudno cokolwiek zaplanować, więc nie wykluczam powrotu. Ale kryzys humanitarny na wschodniej granicy to zadanie nie dla jednego posła, a dla całego Sejmu. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.