Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilkadziesiąt osób przyszło w poniedziałek (6 września) na pl. Wolności w Poznaniu, by zaprotestować przeciwko ogłoszeniu na granicy polsko-białoruskiej stanu wyjątkowego.

Stawili się w czasie, gdy Sejm obradował nad podjęciem ostatecznej decyzji w tej sprawie. Decyzję prezydenta Andrzeja Dudy zaakceptował. Za uchyleniem było 168 posłów, przeciw 247, wstrzymało się 20. Wniosek o uchylenia poparły KO, Lewica i Polska 2050. Wstrzymał się PSL. 

- Jestem tu jako potomek uchodźców, by pokazać, że nie ma mojej zgody na takie decyzje. Rząd PiS próbuje nam wmówić, że trzeba wprowadzić stan wyjątkowy ze względu na narastający kryzys uchodźczy i manewry wojskowe. Ale dobrze wiemy, że nie o to chodzi. Ta władza nie lubi, gdy jej się patrzy na ręce. Dlatego to jest sytuacja bezprecedensowa w historii Polski - mówił Antoni Komasa-Łazarkiewicz, który wraz z Ewą Zgrabczyńską, dyrektorką Ogrodu Zoologicznego w Poznaniu, zaprosił mieszkańców miasta na spontaniczny protest.

Ludzie traktowani gorzej niż zwierzęta

Zgrabczyńska przypomniała akcję sprzed dwóch lat, kiedy na granicy polsko-białoruskiej uratowano dziewięć tygrysów. Teraz polski rząd nie jest w stanie pomóc 32 ludziom, którzy uciekli przed wojną z Afganistanu. 

Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

- Jeśli ludzi traktuje się gorzej niż zwierzęta, to budzi to mój sprzeciw. Dwa lata temu uratowaliśmy tygrysy, a teraz nie wiemy, co się dzieje z ludźmi, którzy potrzebują pomocy i naszego chrześcijańskiego miłosierdzia. Ci ludzie różnią się kulturą i językiem, ale tak samo cierpią. Mam gdzieś, czy oni są terrorystami, bo to można zweryfikować. Ale ich życie jest zagrożone - mówiła Zgrabczyńska.

Komosa-Łazarkiewicz, który na co dzień mieszka w Berlinie, nie kryje oburzenia. - Nasze państwo ma chronić granice, ale gdy pojawia się niewielka grupa uchodźców, używa się nadzwyczajnych środków. To jest bardzo niebezpieczne i nie może być na to naszej zgody - przekonywał.

Nieważna jest liczba

Choć tłumów na pl. Wolności nie było, to poznaniacy nie byli tym faktem załamani. - Władzy o to chodzi, by nas zniechęcić do wszelkich protestów. Ale choć jest nas niewielu, to niech Kaczyński wie, że otwarty i gościnny Poznań, nie godzi się na takie praktyki. Jestem załamana, że politycy, którzy mają Boga na ustach, są obojętni na ludzkie cierpienie. Czy oni się z tego spowiadają? - pytała Maria Obrębska, sprzedawczyni z Rataj.

Marian Nowacki z os. Kopernika też nie ma żadnych wątpliwości, że najpierw liczy się ludzki odruch serca, a potem wielka polityka: - Obojętność PiS na głód i cierpienie ludzi, którzy uciekli przed wojną,  jest niewyobrażalna. To nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. Przypomnę Kaczyńskiemu Biblię: "Byłem głodny, a nakarmiliście mnie". Może by to wcielił w życie? - przekonuje.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.