Wielkopolska Izba Rzemieślnicza w Poznaniu jest największym nauczycielem zawodu. Dlaczego właśnie my? Dlatego że w Wielkopolsce posiadanie fachu w ręku było zawsze gwarancją dobrego przygotowania do dorosłego życia. Kształcimy w wielu branżach, bez których nie może funkcjonować współczesna gospodarka. Kształcenie to opiera się o jedną z najstarszych relacji uczeń - mistrz.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Relacja uczeń – mistrz jest właściwie tak stara, jak sam proces przekazywania wiedzy. Nieważne czy wiązała się z niezwykle surowymi zasadami, tak jak u Pitagorasa, który nakazywał swoim uczniom pięcioletnie milczenie i surowe obyczaje, czy może przybierała bardziej współczesne relacje oparte na fascynacji ucznia charyzmą nauczyciela. To z pewnością temat do rozważań dla historyków i pedagogów.
Jedno się tylko w tych relacjach nie zmienia – ktoś bardziej doświadczony, biegły w jakiejś dziedzinie przekazuje tajniki zawodu młodszym i sprawdza w praktyce, jak uczeń przyswoił lekcje. Tak się dzieje niezależnie od tego, czy uczymy się stosować paragrafy, czy wypiekać chleb. Teoria poparta praktyką – to cały sens dualnego systemu kształcenia – systemu, który ostatnio zrobił w mediach zawrotną karierę. Niemal wszyscy chcą tak kształcić, bo czas nauki dzielony między szkołę i pracownię mistrza czy konkretną firmę produkcyjną lub usługową okazuje się najlepszym sposobem na zapewnienie ciągłości zatrudnienia i przygotowywania nowych kadr dla gospodarki. A co na to Rzemiosło? Możemy z dumą powiedzieć – dla nas to nic nowego, bo zwyczaj przyjmowania kogoś do „terminu”, czyli na naukę zawodu, jest właściwie tak stary jak samo rzemiosło. Dziś ten sposób kształcenia ma swoje formalno-prawne ramy i opiera się na zasadach określonych w Kodeksie Pracy. Młody człowiek w chwili rozpoczęcia nauki nie ma jeszcze ukończonych 18 lat, dlatego staje się pracownikiem młodocianym, który ma jednak wobec swojego mistrza szkolącego także pewne obowiązki. A mistrz? Dla wielu rzemieślników, którzy dziś odnoszą spektakularne sukcesy zawodowe i biznesowe, na zawsze pozostaje w ciepłej pamięci.

Piotr Koperski, który prowadzi wielopokoleniową, rodzinną firmę piekarsko-cukierniczą.
Piotr Koperski, który prowadzi wielopokoleniową, rodzinną firmę piekarsko-cukierniczą.  mat. Wielkopolskiej Izby Rzemieślniczej

– Z początku chciałem mieć zawód typowo chłopięcy. Miałem zostać mechanikiem samochodowym albo elektrykiem, ale na starcie ze względu na wadę wzorku usłyszałem – nie, szukaj sobie innego zawodu. Po namyśle i naradzie z mamą wybrałem Zasadniczą Szkołę Przemysłu Spożywczego w Poznaniu i… karierę cukiernika. Potem skończyłem Technikum Spożywcze, w wieku 21 lat zostałem mistrzem cukiernictwa, a po ośmiu latach także mistrzem piekarstwa. Ale wracając do początków, które wcale nie były takie łatwe. Nie od razu poczułem się dobrze w zawodzie cukiernika. Miałem jednak spore zdolności manualne – dużo rysowałem, robiłem rzeźby w drewnie, w modelinie – nauczyciele i przełożeni w zakładzie szybko to zauważyli i nie musiałem już tylko czyścić blach. Zacząłem zajmować się ciastami drożdżowymi, półfrancuskimi, deserowymi, aż w końcu ukończyłem szkołę z wyróżnieniem. Kolejnym ważnym miejscem była chyba cukiernia Zodiak? Trafiłem tam po zdanej maturze i ukończonym z wyróżnieniem technikum. To był rok 1976, zakład należał do Społem, a mnie zaproponowano, abym objął funkcję zastępcy kierownika, szefem był… Wojciech Kandulski. Był starszy o osiem lat, miał już o wiele większe doświadczenie i bardzo wiele mnie nauczył. To były lata bardzo intensywnej nauki, zbierania doświadczeń zawodowych, a Wojtek właściwie przejął rolę takiego starszego brata. Nawiasem mówiąc, w dawniejszej cukierni Zodiak na poznańskich Winogradach nadal wypiekam ciasta, ale już pod własnym szyldem – wspomina Piotr Koperski, który prowadzi wielopokoleniową, rodzinną firmę piekarsko-cukierniczą.
Bardzo wiele zależy jednak od tego, czy szkoła, do której trafi młody człowiek, będzie umiała rozbudzić pasje zawodowe i wykorzystać niezbędne w rzemiośle zdolności manualne. To wyjątkowo ważne ogniwo dualnego systemu kształcenia. To tam uczeń poznaje zawodową teorię i tam także uczy się wszystkich przedmiotów ogólnych i tych niezbędnych do prowadzenia firmy.

– Do naszej szkoły branżowej I stopnia przychodzą też uczniowie z czerwonym paskiem – nie chcą iść do technikum czy liceum. Zdecydowanie wiedzą, co robią! To jest ich świadomy wybór. Jestem pełna podziwu dla ich podejścia do nauki. Zdają sobie sprawę z tego, że w przyszłości niezbędna im będzie wiedza praktyczna. Chcą przejść przez wszystkie szczeble wtajemniczenia zawodowego! Co ciekawe – ich rodzice bardzo często są absolwentami naszej szkoły. Mają rodzinne firmy, a teraz naukę rozpoczyna kolejne rzemieślnicze pokolenie. Bardzo dużo jest takich przykładów wśród cukierników, piekarzy, a nawet wędliniarzy – mówi z dumą Ewa Nowicka, dyrektor Zespołu Szkół Przemysłu Spożywczego w Poznaniu.

Mam tych motocykli tyle nazbieranych, a… serwis był tylko jeden

Dlatego ścisła współpraca między szkołami branżowymi a przedsiębiorcami jest tak ważna. Tylko w ten sposób można definiować tworzenie nowych kierunków oraz form kształcenia zawodowego zgodnego z bieżącym zapotrzebowaniem na rynku pracy. Rzemiosło od lat starało się zapobiegać stygmatyzowaniu kształcenia zawodowego. Proces przekonywania uczniów i ich rodziców, że wybór takiej ścieżki kariery nie jest gorszym wyborem, trwał długo, ale żmudne, wielopłaszczyznowe działania odniosły sukces. Mamy „czas zawodowców”, tym bardziej, że rozwijająca się gospodarka wchłonie błyskawicznie dobrze przygotowanych fachowców. Wiele zależy jednak od pasjonatów nauczania. Są tak konsekwentni, że potrafią doprowadzić do utworzenia nowego zawodu. Wielkopolska Izba Rzemieślnicza w Poznaniu może pochwalić się miedzy innymi utworzeniem zawodu… podkuwacza koni, wizażystki czy wreszcie mechanika motocyklowego. Zbigniew Kopras to postać doskonale znana poznańskim fanom motoryzacji. Jego stacja kontroli pojazdów jest nie tylko świetnym warsztatem, ale i… zaczątkiem muzeum, bo jest właścicielem ogromnej kolekcji samochodów i motocykli. Ale nie wszyscy wiedzą, że właśnie w jego firmie odbył się pierwszy w Polsce egzamin praktyczny w zawodzie mechanik motocyklowy. Doskonale pamięta moment, w którym zakiełkował pomysł tworzenia nowego zawodu.

Zbigniew Kopras, mechanik motocykli
Zbigniew Kopras, mechanik motocykli  mat. Wielkopolskiej Izby Rzemieślniczej

– To było ponad dziesięć lat temu. Zaczęło się od mojej kolekcji. Mam tych motocykli tyle nazbieranych, a… serwis był tylko jeden i to w Poznaniu, polskie motocykle zniknęły z rynku, specjaliści od nich też… Wtedy sobie uzmysłowiłem, że ktoś te motocykle musi zacząć naprawiać. Wiedziałem, że koledzy robią to we własnym zakresie – jedni lepiej, inni gorzej, ale to byli pasjonaci lub kierowcy wyścigowi, którzy na tych motocyklach jeździli. Brakowało ludzi, którzy tego fachu uczyliby się od podstaw. Zacząłem prawdziwa krucjatę i kolejną moją pasją zarażałem ludzi. I po latach się udało. Dzisiejszy motocykl jest tak nafaszerowany elektroniką, że naprawiać go mogą tylko specjaliści. To właściwie normalny samochód tylko na dwóch kołach! Trzeba do niego podchodzić z prawdziwa miłością! – podsumowuje Zbigniew Kopras.
W szkole teoria, w zakładzie praktyka – do tego w największym uproszczeniu sprowadza się system dualny. Nie funkcjonowałby jednak tak dobrze w realiach wielu państw, gdyby nie wspominana relacja uczeń – mistrz. Gdzie – jeśli nie w zakładzie - w realu, jakby powiedzieli młodzi ludzie, można podpatrzeć, jak obsługiwać klientów, jak zawczasu wyłapywać modne trendy, reagować na zapotrzebowanie rynku, wreszcie – jak prowadzić biznes. Tego, tylko w teorii, nie nauczy żadna, nawet najlepsza szkoła. Dla kogoś, kto poważnie myśli o własnej firmie – szkołą może być firma mistrza szkolącego.

Fryzjer męski Adam Szulc
Fryzjer męski Adam Szulc  ŁUKASZ CYNALEWSKI

– Zacząłem w 1986 roku, a mój zakład działa od 1999 roku. I z dumą mówię, że jestem barberem od ponad trzydziestu lat! Zacząłem naukę w renomowanych zakładach w Poznaniu u Emiliana Kamińskiego, a potem u Grzegorza Szulca, czyli u dwóch słynnych poznańskich fryzjerów. U nich nauczyłem się tego sznytu, tego szlifu, staranności i organizacji pracy, i przede wszystkim podejścia do klienta. Oni nauczyli mnie, że niedopuszczalne jest na przykład noszenie czapki czy żucie gumy przy kliencie. Takich rzeczy się nie robi! Najważniejsza jest grzeczność i przekonanie klienta, że w chwili, gdy przekracza próg zakładu, jest dla mnie najważniejszy. A usługa musi być wykonana perfekcyjnie, po kolei i sprawnie… A jakie były początki? Najważniejsze, czego na początku nauczyłem się od pana Emiliana, to było golenie twarzy na mokro, to właśnie ta czynność przypadła mi, jako młodemu sztyftowi, a oprócz tego zaczynałem od sprzątania, zmywania i dbania o czystość zakładu. Pokochałem tę usługę, byli klienci, którzy przychodzili do mnie codziennie! To były takie dziwne czasy, w których brakowało żyletek w domu (kupowało się je na kartki!), a spółdzielnia fryzjerska dostawała ich zapas z centralnych rezerw – można się było więc ogolić u fryzjera! Klientów było bardzo dużo… cóż, „piękne czasy”, choć nie wszystko było piękne – wtedy można było palić u fryzjera! Fryzjerzy palili, klienci palili, czasami było siwo od dymu… Dla młodego niepalącego człowieka to było okropne… Ale za to jakie chicagowskie klimaty… No tak… (śmiech). Dziś to wspominam z sympatią i mogę powiedzieć jestem barberem nie od dziś, bo to modne, ale od pierwszego dnia mojej pracy! – wspomina Adam BARBER Szulc, doskonale znany nie tylko poznańskim brodaczom, ale też wszystkim panom, którzy chcą być doskonale ostrzyżeni. Pan Adam ma już następców – synowie doskonale wiedzą, co będą robić w przyszłości. Powstaje rodzinna firma, która wpisuje się na stałe w pejzaż miasta. Podobnie jak firma Krupa&Rzeszutko. Są jak kwintesencja współczesnego rzemiosła – dziadek i wnuk. Tradycję połączyli z nowoczesnością, doświadczenie pokoleń z logistyczną precyzją zarządzania i stworzyli firmę, której modełko (dla niewtajemniczonych – wykrój, szablon, wzorzec) powinno być wykorzystywane przez innych.

Krawiec Karol Rzeszutko, który swój egzamin mistrzowski w zawodzie krawiec zdał z
wynikiem celującym. Pracuje z dziadkiem
Krawiec Karol Rzeszutko, który swój egzamin mistrzowski w zawodzie krawiec zdał z wynikiem celującym. Pracuje z dziadkiem  mat. Wielkopolskiej Izby Rzemieślniczej

– Pracuję z dziadkiem, zza szybki z portretu spogląda mój pradziadek, który założył firmę, a muszę jeszcze wspomnieć o mojej mamie – też doskonałej krawcowej, która współpracuje między innymi z artystami operetki. Stoją za mną trzy pokolenia! To nie było tak, że ja się urodziłem, by być krawcem. Przedtem trochę sobie postudiowałem, skończyłem dwa kierunki, trochę popracowałem w trakcie studiów i po nich. Krawiectwo miarowe i bycie rzemieślnikiem traktowałem wtedy jak większość moich rówieśników jako coś… gorszego. Wtedy sądziłem, że krawcem może być każdy! Dziś myślę, że jest dokładnie odwrotnie – każdy może być magistrem, ale nie każdy może być krawcem i dobrym rzemieślnikiem – mówi Karol Rzeszutko, który swój egzamin mistrzowski w zawodzie krawiec zdał z wynikiem celującym.
– Nie każdy może być krawcem – to prawda! Do tego zawodu trzeba mieć wielkie serce i cierpliwość. Jeśli się nie ma miłości do tego zawodu i tego specjalnego daru w palcach, to nie ma co się zabierać za krawiectwo. Nauka tego fachu jest mozolna, podobnie jak praca, więc jeśli naprawdę się tego nie czuje, to nigdy nie będzie się dobrym w tym zawodzie. Krawiectwo wymaga też precyzji! Ale dla mnie to było niesamowite przeżycie i ulga, kiedy okazało się, że w pracowni będzie mój wnuk. Gdy zaczął przychodzić do pracowni i uczyć się kolejno brania miary, krojenia i szycia, bardzo się cieszyłem. Chciał szybko się wszystkiego nauczyć, obstawił się literaturą, szukał informacji o nowych trendach i tkaninach. Widziałem, jak jest w to wszystko zaangażowany! To była frajda, tym bardziej, że zdawałem sobie sprawę ze swojego wieku i ograniczeń. Karol był wspaniałą niespodzianką! Zakład został kompletnie odnowiony, zmodernizowany, zmienił się sposób zarządzania. Ale żeby odnieść sukces w dzisiejszym świecie, tak właśnie musi być! Trzeba też znać języki! Trzeba mieć międzynarodowe kontakty. Tym wszystkim zajmuje się właśnie Karol. Mamy klientów z Danii, Hiszpanii, Irlandii, Francji – opowiada o wnuku Henryk Krupa.
Relacja uczeń – mistrz podbudowana więzami rodzinnymi przyniosła bardzo szybko znakomite efekty. Ale przykładów takiej wspaniałej ponadpokoleniowej współpracy wśród wielkopolskich rzemieślników jest o wiele więcej. Wynika to pewnie też z naszej wielkopolskiej mentalności – tu zawsze liczył się fach w ręku i konkretna praca, z której można utrzymać siebie i rodzinę. W rzemiośle, które jest największym nauczycielem zawodu w regionie, dobrze o tym wiedzą. W dodatku bycie wszechstronnie wykształconym fachowcem, także z dyplomem wyższej uczelni, staje się trendy! Cóż, tradycja zobowiązuje!

Wielkopolska Izba Rzemieślnicza
Wielkopolska Izba Rzemieślnicza  mat. Wielkopolskiej Izby Rzemieślniczej

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem